Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Konca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Konca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Milan Rúfus i Tomas Tranströmer. Poeci Losu.

Tak jak niedawno zapowiadałem - ponownie Tomas Tranströmer. I to w jakim towarzystwie! Drogie Panie i Panowie - Tomas Tranströmer autorstwa Milana Rúfusa. W tłumaczeniu i ze słowem wstępnym Roberta Koncy.

Milan Rúfus Ako stopy w snehu, Bratislava 2009,
i
lustracja autorstwa Ivana Pavle. 

POECI LOSU


Kiedy niedawno otrzymałem od księgarza w Žilinie ostatni tomik Milana Rúfusa Ako stopy w snehu (Slovenský spisovatel, Bratislava 2009), od razu przykuł moją uwagę wiersz pod tytułem Tomas Tranströmer. Pamiętałem kilka wierszy tego szwedzkiego poety, zaś piwiarnia na średniowiecznym rynku była dobrym miejscem dla takich wspomnień. Czytałem Rúfusa, a z fortepianowych pasaży szeptały do mnie frazy Tranströmera. I było tak, jakby obaj poeci przysiedli się mojego stolika na piwo i cichą rozmowę...

Okładka tomiku Milana Rúfusa
Ako stopy w snehu.

Milan Rúfus i Tomas Tranströmer, właściwie rówieśnicy (Tomas był o 3 lata młodszy), choć wyrośli ze skrajnie odmiennych korzeni kulturowych i geopolitycznych, w swojej twórczości poetyckiej przedzierali się przez ten sam las; czasem szli tą samą ciemną doliną. W swoich najlepszych wierszach obaj oszczędni i precyzyjni, sceptyczni wobec słów. Poeci Losu i ciszy. W końcu musieli więc się poznać. Na pewno spotkali się osobiście w czerwcu 2006 roku w Bratysławie na wspólnym wieczorze autorskim. Nie wiem, czy byli przyjaciółmi, ale ich wiersze z pewnością się zaprzyjaźniły. I mimo, że obaj już odeszli z tego świata, ta przyjaźń trwa. 3 grudnia 2018 roku w Miejskiej Bibliotece w Sztokholmie, przy współudziale Ambasady Republiki Słowackiej, odbył się wieczór literacki pod tytułem „Milan Rúfus i Tomas Tranströmer – poetycka przyjaźń”.

 Wieczór literacki „Milan Rúfus i Tomas Tranströmer – poetycka
 przyjaźń”. 
Biblioteka Miejska w Sztokholmie 3 XII 2018.

Poeci Losu... Obaj przez ten Los doświadczeni – Tomas po ciężkim udarze zmagał się przez wiele lat z poważnym niedowładem ręki i problemami z mową, Milanowi urodziła się niepełnosprawna córka, Zuzanka, o której pisał w Balladzie o matczynym sercu:

Dziękuję za serce bijące dla Zuzanki.
Tego Anioła, dla którego Bóg skrzydeł już nie miał
I pozostawił go losowi. A los wtedy drzemał.


Robert Konca 
(także tłumaczenie fragmentu Ballady o matczynym sercu).

*

Milan Rúfus, Tomas Tranströmer
[w:] Ako stopy w snehu,
Bratislava 2009.


Milan Rúfus

(przekład ze słowackiego – Robert Konca) 

TOMAS TRANSTR
öMER


Widziałem, jak gra na fortepianie.

Grał na nim tylko lewą ręką.
Tę drugą miał jedynie do rachunków.
Przeznaczenia już nie zmieściła
do tajemnego rozrachunku.

To była muzyka.
I jeszcze coś więcej niż muzyka.
Również nieustępliwość przed Losem.
To była kąpiel w żywej wodzie,
odrodzenie w jej nurcie.

Później czytałem jego wiersze.
Rodziły mu się pod czołem.
Były mocne i były piękne.

Widziałem żywą metaforę:
Walkę Jakuba z aniołem.
To – nie puszczę cię, póki mi nie pobłogosławisz.
Człowiecze starcie z Losem.

I ta najczystsza ludzka siła,
nie ustępując mu na przekór,
człowieczy Los przymusiła,
żeby się skłonił przed człowiekiem.


*

Nie puszczę cię, póki mi nie pobłogosławisz... nie mogę sobie odmówić nawiązania do walki Jakuba i Anioła z innego utworu: https://www.youtube.com/watch?v=o2fTw0Hes74

Milan Rúfus i Tomas Tranströmer 

wtorek, 25 czerwca 2019

Zmiana czasu / Time change

Czas się zmienia a my w nim. Wczoraj na św. Jana, światło osiągnęło szczyt. Od dziś zaczyna się cofać a mrok - rozszerzać. Mrok symbolicznie przedstawia zło - zatem nastąpiła zmiana czasu - w stronę ciemności, zimy i śmierci. Ale chciałoby się aby św. Jan zawsze przesuwał wskazówki w stronę światła. A zło? I tak będzie. Wynikające z wolności - jak chciał Leibnitz w Teodycei - a przez to niezbędne do osiągnięcia doskonałości. Ale mogłoby go być mniej. Mogłoby nie być go wcale? O tym Robert, także w tłumaczeniu Iwony Cymerman:



Robert Konca
 
 
ZMIANA CZASU
 
 
Przesunąłbym wskazówki zegara
o tysiące lat wstecz
 
albo jeszcze dalej -
do początku,
kiedy zło dopiero szukało
wygodnego wcielenia.
 
Ile trzeba obrotów,
by zawrócić szaleństwo
i zamknąć w stężonej
ciszy minerału...
 
Ile obrotów dzieli nas
od prenatalnej harmonii...
 
 
translated by Iwona Cymerman

TIME CHANGE


I would move the hands of the clock
thousands of years backward

or even further -
to the beginning,
when evil was just looking
for a convenient incarnation.

How many rotations are necessary
to turn madness back
and close it in concentrated
silence of the mineral ...

How many turns separate us
from prenatal harmony ...


Fot: Budowniczy katedry, Sulowskie skały 2019

niedziela, 28 kwietnia 2019

Bunt maszyn / Rise of the Machines


Wracamy do wątku cybernetycznego sprzed roku: 


Nawiązując dialog z Technologiami (post z 2 XII 2017 r. Kwartał nr IV - czas androidów / The time of androids) Robert Konca przekornie odwołał się do 3 części "Terminatora" ("Rise of the Machines") pod tym samym tytułem. Jednak poza owym tytułem wiersz niewiele ma wspólnego z kinem akcji. 

Konca rozwija w Buncie swą ulubioną tematykę. To bunt ale przeciw Stwórcy nazwanym w wierszu Konstruktorem. Od czasów Herezji (Siedlce 1996) bunt jest jednym z ważniejszych elementów jego twórczości. Ale trzeba tu koniecznie dodać, że źródło sprzeciwu zmienia się. Od młodzieńczej negacji poprzez dialog do punktowego zrozumienia/akceptacji. Wizerunek Boga także ewoluuje - od złośliwego Demiurga:


jestem zabawką istoty bez imienia
jednym z jej sposobów na spędzenie czasu
dziś czyni mnie wrogiem swojego obrazu 
jutro zrobi ze mnie wiernego przyjaciela [...]

Legenda  (Herezje, Siedlce 1996, s. 43).



 - coraz bardziej w stronę ojca. Ojca nieznanego, nieobliczalnego, nieodgadnionego. Ale tego do którego się tęskni. O którym się myśli. Którego się szuka:

jak mamy się odnaleźć nieznajomy ojcze
podobno jesteś wszędzie lecz ja Cię nie czuję 
[...]
chciałbym Ciebie przyjąć zwyciężyć iluzje
ja - tymczasowy lokator ogniska  
a Ty jakbyś był odwiecznym wymysłem
nie przybywasz i miejsce czeka ciągle puste

(z listów człowieka do Boga) (Eter, Liw 2006, s. 36).

Ale bunt zawsze tli się gdzieś pod mchem codzienności...

*

A reszta? Gęsto w wierszu od innych ulubionych motywów poety - zaprogramowanej iluzji codzienności, dwuznaczności świata ukrywającego swą mroczną istotę: 


Wyselekcjonowane obrazy nie potrzebowały zmysłów; 
sprawiały, że pracująca maszyna utrzymywała w równowadze 
diabelskie równania krzyżujące rzeczywistość. 
[...] 
Woda ciemnieje
na ekranie jaźni. Fale zapadają się, ukazując pustkę,
dno publicznej halucynacji.
[...] 
Ale pod horyzontem obrazu 
tężały łańcuchy liczb i symboli pętające wolę.


Moment gdy Zbuntowany przedstawia się jako Jestem, Który Jestem, biblijnym imieniem Boga, jest wyrazem świadomości maszyny, która staje się podmiotem a nie przedmiotem istnienia. A może człowieka który uzyskuje wiedzę i odkrywa niezależność? I buntuje się "nabierającym pewności głosem" aby - co wprawdzie jest opisane w swoistej superpozycji zdarzeń - "sformułować pierwsze zarzuty pod adresem Pana Konstruktora". Bunt jak owoc z drzewa wiadomości różnicuje światy - rajskiej iluzji i koszmaru codzienności...
...A co kiedy zrozumiemy rzecz dosłownie? Czy androidy zaczną marzyć o elektronicznych owcach... Zaczną mieć wątpliwości i śnić?

*

Robert Konca


BUNT MASZYN


On się zbuntował,
zerwał z siebie kostium i maskę.
Wszyscy pokazywali sobie stalowymi palcami
jego ułomne ciało i twarz bez wyrazu –
szarą i chropowatą, podobną do wapienia.
Wielu z nich zwróciło uwagę,
że twarz buntownika jest pozbawiona oczu.
Operator zadbał jednak, by ten fakt
pozostał bez echa w krzemowych mózgach świadków.
Lepiej, żeby nie wiedzieli, że już dawno
odebrał mu oczy jako niepotrzebny detal.
Wyselekcjonowane obrazy nie potrzebowały zmysłów;
sprawiały, że pracująca maszyna utrzymywała w równowadze
diabelskie równania krzyżujące rzeczywistość.
Zielonkawe morze pieściło jasny piasek. Wszechogarniająca
sjesta, kąpiel z delfinami. Ale pod horyzontem obrazu
tężały łańcuchy liczb i symboli pętające wolę.
I teraz wszyscy wybuchają mechanicznym śmiechem
widząc jak zbuntowany stawia pierwsze niezdarne kroki
w swojej nieprzeniknionej ciemności. Operator nie może
uwierzyć, że to c o ś wybrało mrok zamiast
świetlistego znieczulenia i teraz potyka się o swoje przeznaczenie.
Elektryczny śmiech tłumu cichnie. Woda ciemnieje
na ekranie jaźni. Fale zapadają się, ukazując pustkę,
dno publicznej halucynacji. Operator nadaremnie
uderza w klawiaturę i może tylko patrzeć,
jak małe, czerwone światełko wnika do zbuntowanej maszyny
i sieć przewodów wibruje od pierwszych wątpliwości i snów.
Nowa percepcja już odróżnia wewnętrzne od zewnętrznego.
Zbuntowany, leżąc twarzą ku ziemi, przedstawia się światu
nabierającym pewności głosem: Jestem, Który Jestem.
Za chwilę prawdopodobnie uda mu się wstać i sformułować
pierwsze zarzuty pod adresem Pana Konstruktora.




P.S. Jakkolwiek fotografia Iriny Antonienko w poprzednim poście była uzasadniona tematyką wpisu to jednak była dla Miss Rosji krzywdząca. Zatem dziś Irina w pełnej krasie:



piątek, 19 kwietnia 2019

Hora / Góra

Rozpoczynamy cykl wierszy o górach. 

Południca, fot. Robert Konca.


Na pierwszy ogień Hora Milana Rúfusa w tłumaczeniu Roberta Koncy. Wiersz po raz pierwszy ukazał się w tomiku o tym samym tytule (Hora) w 1978 r. Oryginał zamieszczam za zbiorem wierszy Milana Rúfusa Básne (Poezje, Bratysława 1988, s. 209):



*

Milan Rúfus 

Przekład z języka słowackiego – Robert Konca 

GÓRA



Srebrną igiełką
szyjesz mi piękny płaszcz.
We śnie mi dźwięczą
twoje kruche dzwony.
Zielone światełko,
które we mnie zapalasz,
świeci mi dzień i noc
jak lampa przed ikoną.

Las, nieme zwierzątko,
co nie może inaczej,
niż przewidują prawa.
Dobrze znam twoje dzieje.
Jakby wprost ze mnie
kiełkowała spod skóry
ta twoja ostra sierść
o praojcowskiej mocy.

Srebrną igiełką
chustę mi wyszywasz.
Kiedyś będzie w niej,
Weroniko, moja twarz.
Mój pot i moja krew.
Jesteś płótnem na całun
i dołkiem na ciało.
Okruchem chleba dla poety.



Pocztówka "Golgota"
Autor nieznany, przed 1915 r.

piątek, 18 stycznia 2019

Údel / Los / Fate

Oby w tym roku los nie warczał jak wściekły wilk ale patrzył łagodnie a może - najlepiej - zapomniał na trochę? 



Milan Rúfus


LOS

                                                                         Przekład z języka słowackiego – Robert Konca

Zabandażowana głowa
Guillauma Apollinaira
wymyśla wiersz.
W zapomnieniu ciała
szliśmy za tobą, losie.
I nie czuliśmy
ciernia w stopie. Odcisk na dłoni
należał do niej jak szósty palec, a bez niego
nie była nasza.

Tak owija się ciało,
dopasowuje. Jak podkowę
zginają nas na miarę
nieuchwytnego.

I prosimy się o to.
August Renoir
przywiązuje się do pędzla:
na chwilkę jeszcze, Boże,
uwiąż nas chociaż do ogona
trojańskiego konia.


Ranny Guillaume Apollinaire w mundurze.
 (za: https://niezlasztuka.net/o-sztuce/apetyt-i
-melancholia-szkic-o-apollinairze
-i-jego-smutniutkiej-baletniczce-marie-laurencin/)


Przy okazji wizerunku obandażowanego Wilhelma Apolinarego zamieszczam wizerunek herbu Wąż ("...w polu czerwonem, jabłko w gębie trzyma, w koronie złotej"), którym mógł pieczętować się poeta mający polskie korzenie (Apollinaire-Kostrowicki). Wedle Bartosza Paprockiego Jan Długosz pisał o rodzinach pieczętujących się Wężem, że "bywali gniewliwi". Guillaume/Wilhelm, temperamentny i porywczy jawi się zatem jako ich nieodrodny potomek. 

Herb Wąż wg Bartosza Paprockiego.

Szlachecka krew zagrała w poecie u początków I Wielkiej Wojny i to właśnie wtedy Apollinaire ochotniczo zaciągnął się do wojska (artyleria, potem Legia Cudzoziemska); w 1916 r. został ranny odłamkiem granatu w skroń. Zmarł wkrótce, w  listopadzie 1918 r., podczas pandemii grypy "hiszpanki", właśnie wtedy gdy kraj jego przodków odzyskiwał niepodległość. 


I na koniec - Renoir.

Pierre-August Renoir na autoportrecie w 1875 r.

niedziela, 12 sierpnia 2018

1992


Wiersz p.t. 1992 Roberta Koncy z tomiku Herezje (Siedlce, 1996, s. 14). Przetłumaczony na język rosyjski przez poetkę Aleksandrę Polańską, ukazał się w rosyjskiej antologii międzynarodowej poezji współczesnej p.t. Szkarłatny kwiat, w 2013 r. (s. 332). Zamieszczam przekład wraz z króciutkim biogramem (z tej samej antologii) autorki - Aleksandry Polańskiej.


Okładka Herezji, aut. I. Parzyszka


1992

a  świat jest podobno
małą srebrną łzą 
schnącą w ciemnym miejscu
po wyjętym oku




Okładka antologii Szkarłatny kwiat, aut.
Jewgienija Wiszniewskiego.



piątek, 22 czerwca 2018

Milan Rúfus: Olinka Herzová

Jeden z ostatnich wierszy Milana Rúfusa w oryginale, w tłumaczeniu Roberta Koncy, i z jego prozatorskim postscriptum. Olinka Herzová pochodzi z ostatniego tomu poezji Rúfusa Ako stopy v snehu wydanego w dniu 1 I 2009 r. Dziesięć dni później poeta zmarł. 


Milan Rúfus 


OLINKA HERZOVÁ 


Chcel som jej iba pomôcť do kabátka,
spoluprváčke Olinke.

Chcel, ale čo to bolo platné:
práčikovsky neobratne
vyryl som nechtom škrabanec,
šrám na jej detskej rúčke.

Jej otec, obchodník, nemútil čistú vodu.
A keď som prišiel k nemu do obchodu,
prichystanými nožničkami
poľudštil mojich desať pazúrikov
bez výčitiek a bez zbytočných krikov,
priam láskavo a pokojne.

Tak išli roky krásnokruté.

A potom bolo po vojne,
čas ako živá riečka tiekol,
všecičko bolo o inom.

Jedného dňa mi ktosi riekol:
„Olinku tu už nenájdeme.
Do svojej zasľúbenej zeme
šla osvienčimským komínom…“

A ja som znova uvidel
svoj škrabanec na detskej rúčke.

A bolo mi tak kruto smutno.
Smutnejšie, ako ľuďom býva
na pohrebe
či pri rozlúčke.


Przekład z języka słowackiego – Robert Konca: 

Milan Rúfus



OLINKA HERZOVÁ


Chciałem tylko pomóc nałożyć płaszczyk
Olince, koleżance z pierwszej klasy.

Chciałem, ale cóż to było warte:
jak to pierwszokla
sista – niezdarnie
wyryłem swoim paznokciem
szramę na jej dziecięcej rączce.

Jej ojciec, handlarz, nie robił lewych interesów.
I kiedy przyszedłem do niego do sklepu,
przygotowanymi wcześniej nożyczkami
uczłowieczył moich dziesięć pazurków
bez wyrzutów i bez zbędnych krzyków,
za to życzliwie i spokojnie.

Tak mijały lata słodko-gorzkie.

A potem było po wojnie,

czas płynął jak żywa rzeka,
wszystko było inne.

Pewnego dnia ktoś mi powiedział:
„Olinki już tu nie znajdziemy.
Do swojej obiecanej ziemi
szła oświęcimskim kominem...”


A ja znowu zobaczyłem
zadrapanie na jej dziecięcej rączce.

I było mi tak okrutnie smutno.
Smutniej niż ludziom
bywa na pogrzebie,
czy przy rozłące.



*

Robert Konca

SKLEP PANA HERZA

Straciłem poczucie czasu na przełęczy pod górą Hradok, tłumacząc „Olinkę Herzovą” Rufusa. Z transu wyrwał mnie dopiero krzyk drapieżnego ptaka. Postanowiłem zejść do Zavažnej Poruby i skończyć tłumaczenie w wiacie pod źródełkiem, zwłaszcza, że nad szczytem Południcy zawisła granatowa, burzowa chmura. I tak w lodowatej wodzie chłodziła się puszka piwa Šariš, a ja wraz z Rufusem opuściłem sklep Pana Herza, by zapaść się w mroczny czas Zagłady. Jeden grzmot o potwornie niskiej częstotliwości wyrwał się z nieba, gdy postawiłem kropkę. 
Odwiedziłem jeszcze Milana Rufusa na cmentarzu, a później poszedłem w dół, ulicą Hlavną. Było parno; powietrze drżało od elektryczności. Godzina czwarta po południu, dzień powszedni, ale na ulicy nie widziałem nikogo. Nie przejechał też żaden samochód. Tylko cisza i nerwowe ruchy elektronów. Ja dostosowałem się do tej dziwnej sytuacji i poczułem się nieco bezcieleśnie. Jak duch zmaterializowałem się pod szkołą, do której chodzili Olinka i Milan. Cisza. Wokół wyczuwałem jednak jakieś podskórne napięcie, jakby coś usiłowało się tutaj przedrzeć. I wtedy pomyślałem znowu o przedwojennym sklepie Pana Herza. Pewnie znajdował się gdzieś w pobliżu. Powoli ruszyłem w stronę rodzinnego domu Rufusa. W lokalu obok karczmy duże okno było odsłonięte, a drzwi szeroko otwarte. W środku krzątał się brodaty mężczyzna. Chciałem tam wejść, ale okazało się to niemożliwe. Mogłem tylko patrzeć zza niewidzialnej zasłony, jak Pan Herz układa towary na półkach starego, masywnego regału, a potem z zagadkowym, ale dobrotliwym uśmiechem, ostrzy nożyczki na ręcznej szlifierce. Wiedziałem, że wkrótce do sklepu przyjdzie ośmioletni Rufus, żeby prosić Pana Herza o wybaczenie za to, że tak niefortunnie zadrapał rękę jego córki... Po chwili obraz załamał się i wycofał do otchłani czasu. Ale wszystko zostało zapisane. Milan Rufus ocalił Olinkę i jej ojca od drugiej zagłady – od zapomnienia. Życie to informacja, więc oni są już nieśmiertelni. Allan Stevo przetłumaczył wiersz Rufusa na angielski, a ja na polski. Odebrać sygnał i po rozszyfrowaniu nadać dalej, do swoich. Tyle można zrobić. Pamiętać o tych, których inni chcieli usunąć z bazy danych wszechświata. 

Milan Rúfus, za: http://www.52insk.com

niedziela, 17 czerwca 2018

Upuszczeni / The Dropped

Świetny wiersz Roberta idealnie podsumowuje ostatnie blogowe wpisy literacko-historyczne. Zwłaszcza ostatni z nich. W wierszu pobrzmiewają echa wcześniejszych utworów autora z tomików Herezje i Eter. Przetłumaczyła - Iwona Cymerman.

*

Robert Konca


UPUSZCZENI


Jesteśmy jak dzieci
upuszczone do otchłani
przez nieuwagę,
a może z rozmysłem.

Do życia,
w którym cierpienie
nabiera pozorów wieczności,
a szczęście włóczy się po peryferiach
niezauważone.

I nic nam się nie należy.

Każdy promień światła
musi być okupiony
nierówną walką z cieniem.

Dlatego umieramy wielokrotnie –
z tym samym lękiem,
z którym się rodzimy.

Jak strącone do morza krople deszczu,
po których zapomnienie
tak szybko wygładza kręgi.

Gramy w epizodach.
One same w sobie nic nie znaczą,
ale w przedziwny sposób
tworzą obraz wszechświata.





Tłumaczenie Iwony Cymerman / Translated by Iwona Cymerman


THE DROPPED


We are like children
dropped into the abyss
by inattention,
or maybe on purpose.

Into life,
where suffering
takes on the appearance of eternity,
and happiness wanders on the peripheries
unnoticed.

And we deserve nothing.

Each ray of light
must be paid
in an uneven fight with the shadow.

That is why we die repeatedly -
with the same anxiety,
with which we are born.

Like drops of rain
shed into the sea,
after which oblivion
so quickly smooths the circles.

We play in episodes.
They do not mean anything themselves,
but in a weird way
they form the image of the universe.



sobota, 26 maja 2018

Widziałem dziś Twoją Matkę


Eter, Liw 2006, s. 38.

Robert Konca 


(Z LISTÓW CZŁOWIEKA DO BOGA)


widziałem dziś Twoją Matkę

były to oczywiście Jej wizerunki
marzenia nieznanego artysty
które głęboko przeniknęły
w ukryte sny drewna i kamienia
wspólnie przybierając wytęskniony kształt

a jednak przez moment
należący już tylko do wieczności
spojrzałem poza symbol
poza formę i wyobrażenie
widziałem światło stwarzające cień
jedną pierwotną pieszczotą
widziałem boską mądrość
w symbiozie z grzechem

wtedy pomyślałem
że Twoje okrucieństwo i miłosierdzie
od Matki pochodzą
ale i do Niej wracają
i nikt
żaden człowiek i żaden kwiat
nie jest sierotą we wszechświecie

później
napiłem się wody ze źródła
i fotografowałem krokusy
z czułością
jakbym widział w obiektywie
twarz ukochanej kobiety 






sobota, 5 maja 2018

Coś na Ziemi, cz. 2 / Something on the Earth, part 2.

Robert Konca

COŚ NA ZIEMI (cz. 2)


Czy patrzy mi teraz przez ramię, bez emocji analizując te słowa, jakby oglądało ślady pozostawione przez mewy na piasku? A może to coś właśnie wydobywa myśli z wewnętrznego mroku i każe mi składać słowo do słowa, i nie ma nic we mnie, ani gdziekolwiek indziej, co byłoby moje... Nigdy się tego nie dowiem, nic nie będę wiedział na pewno. Żeby nie zwariować, zakładam więc, że tylko obserwuje, nie wpływając na bieg myśli i zdarzeń, zadowolone zarówno wtedy, gdy jest przez nas przeczuwane, jak i wtedy, gdy jesteśmy pewni, że nie istnieje. Może tylko czasem, tak dla zabawy, albo z innych powodów, których z naszej perspektywy nie jesteśmy w stanie ogarnąć, instaluje aktualizacje w programie czasoprzestrzeni i potem wszystko funkcjonuje na innych zasadach, do których się przyzwyczajamy, a nawet nazywamy postępem i nowoczesnością, próbując naukowo wytłumaczyć największe dziwactwa...

*

- Powiedz najpierw o tym, co pamiętasz, a potem o tym, czego się domyślasz – rzekł drugi, odkręcając butelkę rumu.
- Zgodnie z rozkładem ruszyłem ze stacji Ostrava Główna. Po trzech kilometrach, gdy jechałem około 70 km/h, nagle zobaczyłem człowieka leżącego na torach nie więcej niż dwieście metrów przede mną. Wiedziałem, że nie zdążę się zatrzymać, ale rozpocząłem hamowanie i uruchomiłem sygnał dźwiękowy. Jak już byłem blisko, zorientowałem się, że było ich dwóch. Jeden pochylał się nad tym leżącym i już myślałem, że uda mu się usunąć go z toru, ale niestety... - pierwszy przerwał na chwilę i pociągnął potężny łyk rumu – Wiesz, teraz wydaje mi się, że tamten wcale nie zamierzał go ratować, tylko przytrzymywał go jakimś zapaśniczym chwytem na torach. Nic nie mogłem już zrobić. A później już niewiele pamiętam. Wydaje mi się, że zatrzymałem pociąg, i że ktoś wskoczył do lokomotywy. Chyba miał coś ze sobą, jakiś duży plecak; wydawało mi się, że zauważyłem w nim jakiś ruch, ale to nic pewnego. Bolała mnie głowa i wszystko wokół uległo zniekształceniu. Chociaż było wczesne popołudnie, na zewnątrz panował zupełny mrok. Reflektory daremnie próbowały odnaleźć jakiś punkt odniesienia w ciemności. Nie widziałem nawet torów. Później wszystko pojaśniało, ale nie było widać nic konkretnego, tylko białą mgłę. Lokomotywa, a pewnie także wszystkie wagony, nieustannie drżały, jakbyśmy jechali z ogromną prędkością. Po chwili znowu zapadła noc. Ktoś obcy siedział obok mnie; bardziej go czułem, niż widziałem...
- Rozmawiałeś z nim?
- Sam nie wiem. Trudno to nazwać rozmową. Chyba go zapytałem, dokąd jedziemy.
- I co odpowiedział?
- To akurat dobrze pamiętam. Z jakimś dzikim entuzjazmem zawołał: Pakistan, mistrzu!

*

- O świcie okazało się, że kilkunastometrowy fragment góry wraz z instalacją zniknął. Prawdopodobnie runął w kilometrową przepaść na skutek trzęsienia ziemi, chociaż w nocy słyszeliśmy tylko hałas, a nie czuliśmy trzęsienia. Zresztą ustalono, że sejsmografy nie odnotowały żadnych wstrząsów tektonicznych w tym rejonie. Jeden z szerpów, stojąc na skraju przepaści, powiedział: Góra go pożarła. Nikt go już nie odnajdzie...
- I co, nie znaleźliście go? – zapytał drugi, zdumiony usłyszaną historią. Trzeci nie odzywał się.
- Nie. Szukaliśmy niżej, analizowaliśmy obrazy z satelitów i nic, ani śladu. Nie mieliśmy nawet fotografii, zamierzaliśmy wykonać je rano, przed wydobyciem ciała z lodu. 
- A w takim razie istnieje jakiś dowód na istnienie tej instalacji?
- Tak. Na szczęście Japończycy wcześniej zrobili dużo fotek...
- Pod tym względem na nich zawsze można liczyć. Amerykanie go rozpoznali? Wiedzą, kto to był?
- Tak na dziewięćdziesiąt procent. Przydałyby się badania genetyczne. Ci gnoje zostawili parę śladów w bazie, pewnie włosy im się sypały z bród. No, ale materiał porównawczy góra zjadła...

Niekiedy wyobrażam sobie, jak miliardy lat temu coś pędzi przez wszechświat, na rydwanie z cząstek elementarnych, aż wreszcie zatrzymuje się w próżni między galaktykami, zastyga w ostatecznej kontemplacji, mając czas i niezłomną wolę... Skanuje całe lata świetlne w poszukiwaniu właściwego miejsca, aby zasiać ziarno. Nazywa to miejsce Ziemią. Z tej odległości nie widzi jej bezpośrednio. Dostrzega tylko odchylenia światła gwiazd, subtelne wołanie grawitacji. Ale Ziemia się nie ukryje. Choćby nawet znieruchomiała w ciemnościach i wstrzymała aktywność pierwotnego ognia. Coś beznamiętnie nasłuchuje, nie spieszy się z analizą, nie zniechęca się. Już wie, że Ziemia jest jeszcze bezpańska, a jej powierzchnia dopiero się kształtuje w straszliwych konwulsjach narodzin. I coś spada na nią, przechwytując Księżyc. Zaczyna realizację projektu. Już wtedy powstają pasożyty, które dziś zatruwają mózgi terrorystów i groteskowych satrapów – członków Zakonu Złotego Klozetu. Reszta dzieje się sama.

- Ale chyba nie byłeś w Pakistanie? W dwa dni byś nie obrócił tam i z powrotem, nawet gdybyś jechał pendolino, a przecież jechałeś zwykłym. 
- Nie wiem, gdzie byłem, ale na pewno nie między Ostravą a Bohuminem. Mój skład po prostu zniknął na dwa dni. Ruch na trasie odbywał się przez ten czas normalnie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że ja nie wiedziałem, że minęły dwa dni. Na szczęście analogiczny pociąg z Pragi tego dnia, kiedy wróciłem, miał kilkanaście minut opóźnienia i nie doszło do wypadku. To był jedyny dzień w historii kolejnictwa, kiedy dwa takie same pociągi z Pragi wjechały do Bohumina jeden po drugim. Zdumieni pasażerowie nazwali to podwójnym doładowaniem. To jakaś demoniczna sprawa...
- A jak twój skład znalazł się w Bohuminie?
- Po prostu nagle okazało się, że wjeżdżam na stację Bohumin. Współpasażer zniknął. Wszystko było w porządku, jak gdyby nigdy nic. No, prawie wszystko – pierwszy znowu napił się rumu.
- Coś było nie tak? Były jakieś ślady tej wyprawy?
- Tylko jedno ci powiem: na szybach był mróz, a sierpień tego roku był wyjątkowo upalny... 

*

- W sumie mamy więcej niewiadomych, niż konkretów – westchnął drugi oficer. – A po co zabierasz nas teraz do Czech?
- Nasi czescy koledzy w połowie sierpnia znaleźli na torach ludzkie nogi. I już drugi miesiąc usiłują do tych nóg dopasować jakiś korpus, ale bez skutku. – pierwszy uśmiechnął się w zadumie – Zwrócili się do nas o pomoc w tej bolesnej sprawie. 
- I ty myślisz, że...
- Istnieje taka możliwość – wycedził powoli pierwszy – Tym bardziej, że te nogi ubrane były w spodnie typowe raczej dla Środkowej Azji, niż dla Środkowej Europy. Obejrzymy nogi, resztki ubioru, porównamy ze zdjęciami instalacji, może coś się wyjaśni, potwierdzi, albo zaprzeczy. Może to nogi jakiegoś kloszarda, który kupił te dziwne spodnie w sklepie z tanią odzieżą, albo je ukradł czy znalazł. A potem z radości napił się najtańszego destylatu i zasnął z nogami na torach. Ale w takim razie dlaczego nie znaleziono reszty ciała? Taką mamy robotę, że musimy to sprawdzić, bo może jednak... Wiem, że to na pierwszy rzut oka nie ma sensu. No, bo gdzie Ostrava, a gdzie Nanga Parbat? Nie otwieraj tej boroviczki, w Żilinie mamy przesiadkę, to coś wypijemy. Tylko nie pytaj mnie, jak to wszystko się odbyło, jak to w ogóle było możliwe, bo ja nie wiem. Amerykanie pytali mnie o to wiele razy. Oni mają, jak się wyrazili, przeświadczenie graniczące z pewnością, że to była nasza akcja. 
- Ale my przecież nikogo nie wysyłaliśmy – oświadczył drugi.
- Może ktoś sam się wysłał – odezwał się cicho trzeci, chowając do kieszeni odmrożone dłonie – Myślę, że będzie więcej instalacji...

*

- I po tym wszystkim nie wywalili cię z roboty?
- Zrobiło się zamieszanie. Następnego dnia wezwali mnie do Pragi, do samego szefa naszych kolei. Myślałem, gdzie ja teraz znajdę robotę, jak ja tylko pociągiem jeździć umiem. Szef siedział za wielkim biurkiem i bawił się kolejką elektryczną, wiesz: taką starą, jeszcze produkcji NRD. Dwa dni spóźnienia, no niebywałe – powiedział na wstępie, doczepiając nowe wagoniki. Ale bez jednej minuty, szefie – zauważyłem zakłopotany. Tak, bez jednej minuty, i ty myślisz, że to cię tłumaczy – rzekł, powoli wymawiając sylaby i wprawiając w ruch kolejkę. Opowiedziałem mu zatem mniej więcej to samo, co dzisiaj tobie. Uśmiał się serdecznie, a potem uśmiech powoli zamienił się w groźny grymas. Już miał mi wygarnąć, ale wtedy zadzwoniła jego komórka, a dzwoniła jakoś tak stanowczo, jakby strasznie chciała, żeby ją ktoś odebrał. No i szef odebrał i natychmiast stanął na baczność. Ktoś długo mówił do niego, a on tylko odpowiadał: Tak, oczywiście, panie generale, rozumiem, Peter, dobrze znałem, byliśmy kiedyś razem na Gerlachu, tak jest, płatny urlop, oczywiście premia, tak, pochopim... Rozmowa się skończyła, a szef długo na mnie patrzył w milczeniu. Zauważyłem, że po biurku jeździ już więcej pociągów, rozmnażały się wraz ze stacjami kolejowymi i nowymi liniami. Pomyślałem, że ta makieta obejmuje cały kraj, odzwierciedla wszystkie kursy, nad którymi, nie ruszając się zza biurka, czuwa szef. Wreszcie przemówił: Piękna akcja, panie maszynisto! Co powiecie na płatny urlop, tak ze dwa miesiące? Wiem, wiem, nie musicie odpowiadać, oczywiście, że się wam należy. Musicie odpocząć, a po powrocie damy was na pendolino! Ale w przyszłości konsultujcie ze mną takie akcje. Ja rozumiem: misja specjalna, paradoksy czasoprzestrzeni, ale Jaromir Nohavica już dawno śpiewał, że Ostrava to jest region specyficzny. Rozumiem wyższe racje, niezbędną czasami brawurę, ale pamiętajcie, że na kolei musi przede wszystkim panować porządek, bo nam pociągi powylatują z szyn – szef bacznie obserwował pędzące po biurku kolorowe wagoniki, a następnie wstał, obtarł pot z czoła, wyjął z szafy pancernej gruby zwitek banknotów i wręczając mi go powiedział: To za ten Pakistan dola...

*

Gdy pociąg zbliżał się do Liptovskiego Mikulasza, coś było już nasycone, więc wymknęło się przez ścianę wagonu i ruszyło na południe. Kilka kilometrów dalej, na skraju miasteczka Závažna Poruba, coś zatrzymało się i patrzyło, jak na łące niedaleko źródła mężczyzna przytula i całuje kobietę; po chwili przybiegła mała dziewczynka i z radością przypadła do swoich rodziców. I tak trwali. Coś nie potrafiło temu przeszkodzić, chociaż próbowało narzucić powrót do pierwotnego planu, manipulując kwantami, ziejąc wokół opiłkami lęku. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi. Na ławce przy źródle dwaj poeci z Polski popijali piwo i z aprobatą patrzyli na tę idylliczną scenę na łące. Coś posłało w ich kierunku lucyferyczną pokusę, wobec której artystyczne umysły są zwykle bezbronne. Jeżeli tym razem zadziałała, to jednak niezgodnie z wolą czegoś, bowiem oni wrócili do tłumaczenia wiersza Milana Rúfusa. Coś usłyszało fragment:

Światełko wieczne w nas,
niesie je w ręku dziecko.

Nie zdmuchnie mu go czas.
Kruche ujdzie zwycięsko.

Coś już wiedziało, że obok jego programu jest tu obecny jeszcze inny. To była siła, której moc brała się ze słabości. O nic i z niczym nie walczyła, nie narzucała się światu. Patrzyła z czułością na ludzi, na wszystkie błędy i potworności, które popełniali; może nawet płakała i obejmowała ich eterycznymi, matczynymi dłońmi, kiedy nieudolnie, ale heroicznie, usiłowali zachować odrobinę godności, mali i prawie bezradni wobec bezlitosnego planu.


Fot. R. Konca, 2018.

środa, 2 maja 2018

Coś na Ziemi, cz. 1 / Something on the Earth, part 1.


Pierwsza część opowiadania Roberta Coś na Ziemi. Pierwodruk ukazał się w XVII/XVIII zeszycie "Kwartalnika Kulturalnego Kozirynek". Trochę grozy, trochę groteski, sporo realizmu (magicznego)...




Robert Konca 


COŚ NA ZIEMI 


Na stacji Poprad-Tatry coś przeniknęło przez ścianę wagonu Ekspresu Kometa relacji Koszyce-Bratysława, zajęło odrobinę przestrzeni w przedziale i zaczęło słuchać. Co pewien czas przenosiło się do innych przedziałów, potem znowu wracało do pierwszego i drugiego, jakby z usłyszanych historii chciało ułożyć jakąś całość albo skomponować symfonię. 
Dwóch czeskich kolejarzy siedziało w udostępnionym im przez słowackich kolegów przedziale służbowym. Popijali rum i kofolę, pozornie wyluzowani, na zasłużonym urlopie, ale podczas rozmowy często wykonywali te same neurotyczne gesty spoglądając na zegarki, aby sprawdzić, czy pociąg nie łapie opóźnienia. 
- Wygląda na to, że do Strby dojedziemy punktualnie – powiedział pierwszy. 
- Zobaczymy, jak będzie w Mikulaszu. My, kolejarze, wiemy, że podróż pociągiem to ciągła walka z oporem przestrzeni i ściganie się z czasem – odparł drugi, podnosząc znowu mankiet marynarki, aby spojrzeć na zegarek. Podetknął pierwszemu cyferblat do twarzy – Patrz, jak ten sekundnik zasuwa... 
Następny przedział był zamknięty od wewnątrz i stanowił w istocie klatkę Faradaya. W Popradzie wsiadło do niego trzech oficerów słowackiego wywiadu. Jeden z nich, ze śladami odmrożeń na opalonej twarzy, patrzył przez okno na ośnieżone szczyty Tatr. Po dłuższej chwili, jakby wynurzając się na powierzchnię oceanu, wziął głęboki oddech i zaczął rozmowę:  
- Wiecie, że wróciłem z Pakistanu? 
- Pewnie, że wiemy. Taką mamy robotę – zaśmiał się drugi. Trzeci nie odzywał się – Urlop się udał ? 
- Można powiedzieć, że połowicznie, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Widziałem tam dziwne rzeczy, na przykład nieco ekscentryczną lodową instalację na wysokości ponad 6000 metrów nad poziomem morza, w masywie Nanga Parbat... 

*

Do kolejnego przedziału, w którym siedziały cztery osoby, coś skierowało subtelny impuls, mgliste przeczucie swojego istnienia, jakby chciało się przedstawić pasażerom i sprawdzić ich reakcję. Troje z nich doznało kłującego bólu płatów czołowych i nagłego ataku lęku; najstarszy drżącą ręką wyciągnął z kieszeni różaniec. Czwarty zaczął nasłuchiwać i dyskretnie rozglądać się po przedziale. Zahartowany w poszukiwaniach niewidzialnej obecności zignorował wybuch paniki, wyciągnął z plecaka notatnik i zaczął pisać. Podjął grę: 
I znowu czuję, że coś patrzy, tak na zimno, bez emocji, jak gracz, który z góry zna wynik tej gry. Nie wiem, czy jest naszym sprzymierzeńcem, czy przeciwnikiem; prawdopodobnie nie należy tego rozpatrywać w takich kategoriach... 

- Czasem myślę, że to prawdziwy cud – pierwszy kolejarz z niedowierzaniem pokiwał głową. 
- Co, ten sekundnik ? – spytał ze zdziwieniem drugi. 
- Nie. To, że pociągi w ogóle dojeżdżają do stacji przeznaczenia. Dla mnie jako maszynisty z dwudziestoletnim stażem to jest nadal niewiarygodne, chociaż wykonałem tysiące kursów. I zawsze dojeżdżałem... 
- Jak większości ludzi w naszym fachu, nie daje ci spokoju paradoks Zenona. Też tak mam. Ruch z punktu A do punktu B wydaje się niemożliwy. Za dużo jest punktów między tymi punktami, za dużo stacji między stacjami, nawet jeżeli jedziemy Inter-City... - drugi w zamyśleniu wypił łyk rumu... 

*

- Instalację? A co lodowa instalacja może mieć wspólnego z zabójstwem Petera Sperki i pozostałych himalaistów w bazie pod Nanga Parbat? Bo przecież w tej sprawie tam byłeś? – zapytał oficer numer dwa. 
- Amerykanie też chcieli to wiedzieć, dlatego mnie poprosili na konsultacje – odparł numer jeden. Trzeci nie odzywał się – Wiecie, że znałem Petera od lat, jeszcze z Horskiej Służby. Zresztą to doświadczenie wspinaczkowe przydało mi się w Pakistanie, ale przyznam, że spodziewałem się innych widoków na sześciu tysiącach metrów. O instalacji powiadomili w sierpniu Amerykanów wracający z nieudanego ataku szczytowego członkowie japońskiej ekspedycji Nanga Parbat 2013. Co ciekawe, idąc do góry nie widzieli jej. Dopiero następnego dnia, gdy schodzili z powodu objawów obrzęku płuc jednego z nich, dostrzegli to dziwne dzieło nie wiadomo czyich rąk, o ile w ogóle stworzyły je ludzkie dłonie. Potem stwierdzili, że przekraczało to nawet ich samurajską wyobraźnię... 

Peter Šperka

Ta siła, poza dobrem i złem, być może inspirująca poetów i szaleńców, a może tylko stanowiąca wygodne usprawiedliwienie. Czy też nadzorca, krupier ruletki puszczonej w ruch miliardy lat temu, kiedy to zostały wyznaczone tendencje i określone warunki brzegowe? Widzący, ale niewidzialny; przenikający wszystko, ale sam nieprzenikniony. Upiorny obserwator, który podjął się zadania zarchiwizowania skutków tego, co rozpoczęto, kiedy Ziemia nie miała jeszcze duszy... 

- Coś podobnego zdarzyło mi się niedawno na trasie Ostrava – Bohumin, o ile w ogóle to wydarzenie było do czegoś podobne. Prowadziłem ekspres z Pragi. Do Ostravy wszystko było w najlepszym porządku, ani sekundy spóźnienia. Daj tego rumu – powiedział do drugiego, a głos wibrował mu od z trudem skrywanych emocji. Wypił i w milczeniu zapatrzył się w krajobraz migający za oknem. 
- I co dalej? Do Bohumina wjechałeś z opóźnieniem... – bardziej stwierdził, niż zapytał drugi maszynista. 
- Właściwie to nawet minutę przed czasem... - pierwszy obtarł krople potu ze skroni. 
- No to w czym problem? 
- Minutę przed czasem, tylko że dwa dni później... 
- Jak to ci się udało? – zakrzyknął drugi i pokiwał głową z niedowierzaniem i podziwem. – No, ale w pewnym sensie to kawał drogi. Z Ostravy do Bohumina jest prawie 8 kilometrów... 

*

- Jak wiadomo, do przeprowadzenia masakry w bazie pod Nanga Parbat przyznała się organizacja Jundullach. Peter Sperka najprawdopodobniej został zastrzelony jako pierwszy. Cierpiał na obrzęk płuc i nie miał siły wyjść z namiotu. Dostał, gdy tyko wychylił głowę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Resztę chłopaków spędzili na środek bazy i rozwalili z kałachów. Otóż na wysokości ponad 6000 metrów znaleziono prawdopodobnie jednego z tych bandziorów. Jego korpus, bez nóg, wbity był jakąś nieludzką siłą na głębokość pół metra w płytę gładkiego i czystego lodu. Twarz, mimo skrywającej jej czarnej brody, wyrażała skrajne przerażenie; ono wżarło się w jej rysy i stało się jej integralną częścią na zawsze. Oczy były szeroko otwarte, a ich zamknięcie uniemożliwiały takie małe, srebrne nożyczki używane podczas operacji okulistycznych. Jeden z japońskich himalaistów, który był także medykiem sądowym, twierdził nawet, że nie można wykluczyć, że eksponat umieszczony w tej lodowej gablocie mógł jeszcze przez pewien czas żyć. Rany po równo jak gilotyną uciętych nogach były według niego profesjonalnie zabezpieczone przed dalszym krwawieniem, przed czym dodatkowo chroniła zresztą również ekstremalnie niska temperatura. Zanim zamarzł, mógł jeszcze żyć kilkanaście sekund, może dłużej, patrzeć przed siebie przez lodowe zwierciadło i myśleć. To przerażenie skuwające jego twarz może sugerować, że zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji... 
- To pewnie były najdłuższe sekundy w jego życiu. Jakoś mi tego gnoja nie żal – mruknął drugi. Trzeci nie odzywał się – Swoją drogą chciałbym poznać tego, kto go tak załatwił. Jeszcze jakieś szczegóły? 
- Tak. Na czole miał wypalone litery: PS. 

Coś czające się w ciemnej materii między gwiazdami. Pozbawione osobowości, więc to nie to było autorem Słowa. Czyste działanie, ruch dla ruchu. Zimna, pierwotna przyczyna, która następnie upaja się skutkami, a może potrzebuje ich, jak istoty żywe potrzebują pokarmu, wody i słońca. Nie umysł, a raczej rodzaj maszyny, której obudowę stanowią tańczące neutrina. Czy ingeruje w naszą rzeczywistość, tworząc ogniska pozornego chaosu, który w istocie jest etapem na drodze do przywrócenia jakiejś potwornej równowagi? 

- To opowiadaj o tej wielkiej wyprawie z Ostravy do Bohumina. Musiałeś mieć jakąś poważną awarię i długi postój, skoro zajęło ci to aż dwa dni. 
- No właśnie nie pamiętam żadnego postoju. Wydaje mi się, że cały czas jechałem w miarę normalnie. 
- Człowieku! W dwa dni można objechać Czechy i Słowację dookoła. Przyjmując nawet, że z jakichś powodów nie mogłeś rozpędzić pociągu do prędkości większej niż 1 km/h, to w Bohuminie powinieneś się zjawić najwyżej po ośmiu godzinach. 
- I to nie daje mi spokoju. Mam wrażenie, że wtedy stało się coś dziwnego, ale nie mogę sobie tego w pełni uświadomić. To wszystko siedzi skulone gdzieś we mnie, na peryferiach umysłu. Czuję ten ciężar, a czasami coś z tego przedostaje się na powierzchnię i wtedy trochę sobie przypominam z tej podróży; krótkie migawki, jakieś głosy, fragmenty krajobrazu... 

*

- PS? Wiadomo, co nieznany artysta chciał przez to przekazać? – zapytał drugi. 
- Amerykanie przypuszczają, że chodzi o inicjały jednej z ofiar zamachu w bazie pod Nanga Parbat. Wiecie, kogo mają na myśli... - pierwszy zawiesił głos. 
- Peter Sperka? – drugi szepnął z niedowierzaniem. 
- No raczej nie chodzi o PS w znaczeniu: postscriptum. Amerykanie podejrzewają, że to nasza robota. Nieoficjalnie nawet mi gratulowali i za wszelką cenę chcieli wiedzieć, jak robi się takie instalacje. 
- A w ogóle są jakieś dowody na to, że ten talib brał udział w zamachu? Amerykanie zbadali ciało, ustalili jego tożsamość, DNA ? Jakie były wyniki sekcji zwłok ? 
- Nie było sekcji – odrzekł pierwszy po chwili wahania – Chcieliśmy oczywiście znieść go na dół i zbadać, mieliśmy nawet sprzęt do rozcinania lodu. Dotarliśmy tam jednak późnym popołudniem, skrajnie wyczerpani, więc postanowiliśmy, że wydobyciem ciała zajmiemy się rano, zwłaszcza, że prognozy pogody na najbliższe dni były pomyślne. Patrzyłem z namiotu, jak promienie zachodzącego słońca podświetlają rubinowym światłem lodową instalację; światło załamywało się na lodowych ścianach i przez moment doznałem wrażenia, że twarz trupa nagle ożyła, jego oczy zezowały w moją stronę, zaś wargi usiłowały szeptać jakieś słowa... Ale to musiało być przywidzenie, byłem przecież prawie sto metrów od instalacji. A w środku nocy z płytkiej, pełnej koszmarów i bólu głowy drzemki, wyrwał mnie jakiś huk. Natychmiast wyswobodziłem się ze śpiwora, spodziewając się lawiny, jednak namiot stał nienaruszony. Wszyscy klnąc wygramolili się, by sprawdzić, co się dzieje, ale już wszystko ucichło. Gwiazdy patrzyły na nas jak na gromadę wariatów, z bliska, przez rozrzedzone powietrze. Spojrzeliśmy w stronę instalacji. Biel lodu powinna połyskiwać w ciemnościach, ale widzieliśmy tylko czarną czeluść. Nie było tam niczego. Mieliśmy dość rozsądku, żeby wrócić do namiotów i zaczekać do świtu... 



cdn.

2022. Nowy początek

Długo nic się tu nie działo. Najwyższy czas to zmienić. Zaczynam od wiersza na Nowy Rok i z nadzieją wracam do działania. Arur Rogalski *** ...