Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Rogalski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Rogalski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 stycznia 2022

2022. Nowy początek

Długo nic się tu nie działo. Najwyższy czas to zmienić. Zaczynam od wiersza na Nowy Rok i z nadzieją wracam do działania.


Arur Rogalski


***


Oddechów iluzja
w bezkręgu wiruje
z orbity planety
odbija się w mrok.

W cel niewidoczny
będący pytaniem
mierzy myśliwy
co sam jak zwierzyna
ukrywa swój trop.

Lecz w nurcie oddechu
nadzieja przemyka,
wybrana z ławicy,
najmniejsza i słaba.

Daleko za stadem
przepływa labirynt
omszałych kamieni
i wirówkę młynów
miażdżących na kwant.

Unika symetrii
zwodniczych przestrzeni,
choć
bezład dna mroków
i żarliwość brzegów
niczym wskazówki
ktoś wpisał w plan.

Po chwili blasku
z przestrzeni powróci
pustki, zwątpienia rytmiczny krok.

W iluzję oddechów
z nadzieją splecione

łowcy i zwierza
nieustanny trop.

wtorek, 16 lipca 2019

Tajemnica karnego regimentu czyli żołnierz z Île de Ré pochowany w Suchożebrach, cz. 1

Wakacje? No to zagadki, tajemnice, skarby maruderów i wątki literacko-archiwalne. Czas na baardzo zaległy tekst Artura :). Przygotujcie się na kilka odcinków opowieści. Początek zawikłany, lecz droga do odkrycia tajemnicy nie może być nadto prosta :) 

*

W dniu 24 VI 1812 rozpoczyna się wojna pomiędzy Cesarstwem Francuskim a Cesarstwem Rosyjskim. To najważniejszy etap zmagań Napoleona i jego przeciwników o władzę na kontynencie. Wygrana Bonapartego powinna ugruntować losy młodego Cesarstwa Zachodniego. Dla najbliższych sojuszników Cesarza – Polaków – batalia owa jest równie ważna. Od jej efektów zależy byt podległego Napoleonowi niewielkiego państwa Polaków - nazwanego wówczas Księstwem Warszawskim. Jeszcze przed rozpoczęciem kampanii Cesarz jasno daje do zrozumienia, że w razie wygranej to właśnie Polacy staną się największymi beneficjentami zwycięstwa (wraz z Cesarstwem Francuskim oczywiście) i przygotowuje grunt pod próbę odbudowy państwa polskiego w granicach daleko szerszych niż dotychczasowe Księstwo Warszawskie. W dniu 28 VI 1812 r. zostaje ogłoszona Konfederacja Królestwa Polskiego. Odrodzenie Polski zaczyna wydawać się realne.

*

Na wyprawę rosyjską wyruszają Francuzi, Polacy, Belgowie, Włosi, Niemcy (ze Związku Reńskiego i Cesarstwa Austrii). Cesarstwo Zachodnie zdobywa się na niebywały wysiłek mobilizacyjny. Wielka Armia liczy ponad 600 tys. wojaków. W jej szeregi wcielono także jednostki karne, złożone z Francuzów i Włochów uchylających się od poboru wojskowego.

*

Już w 1803 r. Napoleon – jako Pierwszy Konsul – powołał do życia 11 karnych jednostek, do których przymusowo kierowano uchylających się od poboru popisowych. Jedną z nich był garnizon Saint-Martin stacjonujący na wyspie Île de Ré (w Zatoce Biskajskiej naprzeciw La Rochelli). W 1811 r. jednostka karna na Île de Ré została przekształcona w pułk piechoty liniowej: Regiment Wyspy Ré (Régiment de l'île de Ré). Nie trzeba chyba szczegółowo wyjaśniać z jakim materiałem ludzkim mieli do czynienia podoficerowie i oficerowie owego pułku. Nie trzeba też dodawać, że szkolenie w pułku stało na bardzo wyśrubowanym poziomie zaś kadrę dowódczą dobierano szczególnie starannie – podoficerowie pochodzili z gwardii cesarskiej zaś kandydatury oficerów pułku osobiście zatwierdzał sam Napoleon.

Żołnierze karnych jednostek francuskich.
Po lewej umundurowanie fizyliera z
5 batalionu  pułków 
l'île de Ré i Walcheren,
po prawej fizylier 5 batalionu pułku de Belle-Ile. 

*

Cóż działo się z karnymi pułkami po rozpoczęciu wojny 1812 r.? Odpowiedź cytuję za Marcinem Baranowskim (Marcin Baranowski, Kombinator w kamaszach. Francuskie ośrodki dla uchylających się od poboru w latach 1803 - 1812


18 maja 1812 r. rozpoczęto organizację rezerwowych dywizji piechoty. Czwartą z nich, oddaną pod rozkazy gen. Piotra Durutte'a, tworzyły pułki sformowane z uchylających się od poboru. W skład jednostki weszło czternaście batalionów. Początkowo zalążek dywizji w sile czterech batalionów stacjonował w Szpandawie (Spandau) i Berlinie. Tam stopniowo miały dołączać odbudowywane pododdziały, które wcześniej zdekompletowano. 1 czerwca 1812 r. jednostka Durutte'a weszła w skład XI korpusu rezerwowego Wielkiej Armii pod komendą marszałka Augerau i otrzymała numer 32. Prawdopodobnie wtedy też nastąpiła zmiana nazw regimentów, pochodzących do tej pory od miejsc ich formowania i nadanie im numerów. W ten sposób uchylający się od poboru tworzyli pułki piechoty liniowej: 131. 132. i 133., oraz regimenty lekkie: 35. i 36. W połowie lipca dywizja liczyła już ponad 10 tys. ludzi pod bronią. Pod koniec miesiąca żołnierzy Durutte'a przesunięto do Meklemburgii i powierzono im osłonę wybrzeża i portu w Rostoku. Marsz sił głównych Wielkiej Armii w głąb Rosji pociągnął za sobą przesunięcie jednostek rezerwowych. 32. dywizja w sierpniu trafiła w okolice Szczecina, by jesienią partiami przenieść się do Warszawy. Stamtąd droga wiodła już na front. Dywizję Durutte'a przeznaczono do wsparcia walczącego na prawym skrzydle Wielkiej Armii VII korpusu saskiego generała Reyniera. Swój chrzest bojowy przeszła w połowie listopada, bagnetem odpierając rosyjskie ataki pod Wołkowyskiem. Był to dopiero początek szlaku, który obok mniejszych bitew, jak Kalisz wiódł przez słynne batalie jak Budziszyn, Grossbeeren, czy Lipsk. W starciach tych żołnierze Durutte'a nie przynieśli wstydu swojemu mundurowi, a determinacja okazana w obliczu niebezpieczeństwa przyniosła im miano dywizji straceńców.

Tyle badacz tematu. Reasumując: Parszywe owce zostały zaprzęgnięte do rydwanu wojennego; oddziałom wyrzutków w ramach symbolicznego odpuszczenia win, zdjęcia odium niesławy i zachęty na przyszłość nadano numery przysługujące zwykłym pułkom liniowym i skierowano na tereny Księstwa Warszawskiego. W tej i kolejnych kampaniach walczyli dzielnie - jak to straceńcy... 
Uprzedzając nieco wypadki dodam, że nas szczególnie interesować będzie droga żołnierzy 132. pułku piechoty liniowej od Warszawy do departamentu siedleckiego, jeszcze trochę dalej... i z powrotem.

***

"Szatan z siódmej klasy" autorstwa Kornela Makuszyńskiego ukazał się po raz pierwszy drukiem w 1937 r. Sztandarowy przykład rodzimej literatury "młodzieżowej", w której pojawia się klasyczny wątek rozwikłania zagadki związanej z napoleońskim oficerem i ukrytym przez niego skarbem. Na podstawie książki nakręcono kilka adaptacji filmych - pierwszą, nieukończoną już w 1939 r.!  Druga, najbardziej nas interesująca pochodzi z 1960 r. Ekranizacja nader udana, ciesząca się ogromnym powodzeniem wyreżyserowana przez Marię Kaniewską. Dodajmy, że jedną z głównych ról (panny Wandy) zagrała młodziutka, debiutująca wówczas Pola Raksa. Wątek napoleoński został tam przedstawiony zgodnie z książkowym pierwowzorem. 
Ostatnia adaptacja "Szatana z siódmej klasy" powstała w 2006 r. Tę jednak na razie pomińmy.  
 
Okładka "Szatana z siódmej klasy",
autorstwa Zbigniewa Piotrowskiego.
Warszawa 1958


"Szatan z siódmej klasy", reż Maria Kaniewska.
Stanisław Milski jako profesor Gąsowski, Józef Skwark
jako Adam Cisowski. Zwróćcie uwagę na obraz w tle. 

***

W 1987 r. nakładem warszawskiego "Sportu i Turystyki" ukazał się zbiorek legend autorstwa siedleckiego fraszkopisarza, satyryka, poety (i późniejszego działacza monarchistycznego) Sławomira Leonarda Wysockiego zatytułowany Opowieść starej sosny. Legendy z Podlasia i Mazowsza. Autor nie zdradził źródeł spisanych podań; zdaje się że w dużej części były one jego własnym tworem, częściowo opartym na zasłyszanych gdzieś opowieściach, co zresztą Wysocki delikatnie zasugerował w epilogu książeczki. Wydaje się, że kwestie genezy Legend... nie budziły zainteresowania lokalnych badaczy, na pewno nie badał ich w swym artykule biograficzno-wspomnieniowym Stefan Todorski (Sławomi Leonard Wysocki - spojrzenie po dziesięciu latach, "Szkice Podlaskie", 2008).  
Wśród 21 klechd, obejmujacych swym zakresem terytorialnym tereny całego województwa siedleckiego (tego z lat 1975-1998), znalazła się Legenda zimowej nocy. Opowiada o niewielkiej grupie żołnierzy Wielkiej Armii przedzierających się do Francji przez tereny Księstwa Warszawskiego; w trakcie dramatycznego odwrotu zostają zaatakowani przez watahę wilków pod wioską Mrozy (leżącą na styku ówczesnych departamentów warszawskiego i siedleckiego, miejscowość jest odległa o ok. 50 km od Siedlec). Autor datował wydarzenia przedstawione w Legendzie... dość precyzyjnie - na styczeń 1813 r...   


Okładka Opowieści starej sosny
oraz strona tytułowa
Legendy
zimowej nocy
autorstwa
Romana Szałasa.

Artur Rogalski, cdn. 

środa, 26 czerwca 2019

Antyle / The Antilles

Wakacyjnie Artur:


Wiersz, który przywędrował do mnie nie na Antylach (gdzie nigdy nie byłem) ale w Lublinie, czasów studenckich, zdaje się w 1995 lub 1996 r. Impresja z balkonu lubelskiego mrówkowca jakoś przełożyła się na karaibskie klimaty. Ponad dwadzieścia lat minęło i nadal lubię ten wiersz. Przypomina zapachy miast, miasteczek, stacji kolejowych i majowo/czerwcowego nieba. Tych w których byłem i - być może - będę...


                                                                               *


Artur Rogalski


ANTYLE


jeszcze raz nad Antyle nadpływa
flota chmur
ku światłom drogowskazów
liniom rozpiętym między wyspą a portem

od wschodu i zachodu
błyszczą portowe latarnie
świat jak na pocztówce
z brooklyńskim mostem

tytoń
smażone mięso
i piwo
nad dachami trójkątna „Santa Maria”

kadłub żaglowca
wysuniętym galionem
toruje sobie drogę
nad neonami

 
 

 
Fot.: Artur Rogalski, Władysławowo 2019.
 
 

sobota, 19 stycznia 2019

Koń Gancwola / Gancwol's Horse


Reklama zakładu
Adolfa Gancwola-Ganiewskiego,
 rewers fot. z ok. 1906 r. (Siedlce)
Archiwum Artura Rogalskiego.


Ponad sto lat temu, u schyłku XIX w., w małym (ale gubernialnym!) miasteczku, na wschodzie nieistniejącej wówczas (administracyjnie) Polski zamieszkał pewien fotograf. Z urodzenia - Żyd, z wyboru Polak (ochrzcił się i zmienił nazwisko na Ganiewski), nade wszystko zaś - wnikliwy i wrażliwy obserwator rzeczywistości, poeta obiektywu i niezawodny łowca chwil ulotnych. Został tu niemal do ostatniego swego dnia. Pozostawił po sobie niezliczoną ilość fotografii, z których niemało rozsianych jest jeszcze obecnie po archiwach potomków klienteli jego atelier (zaś kilkaset negatywów w siedleckim Muzeum Regionalnym - patrz niżej). Gancwol nie zamykał się w ścianach pracowni, był aktywnym, wielce zasłużonym dla swego miasta (i okolic) działaczem społecznym. Podczas okupacji podzielił tragiczny los siedleckich Żydów, choć podobno mógł się uratować (ze względu na zdecydowanie "słowiańską" urodę i posturę); został zamordowany przez hitlerowców w piekielnych otchłaniach Treblinki. 
Biografia Adolfa Ganiewskiego kryje jeszcze wiele zagadek. Nie miejsce tu i czas aby przedstawiać czy badać je szerzej. W przestrzeni internetowej można o nim przeczytać, m.in. tu - na blogu jemu poświęconemu:


tu:




i tu: 


W przestrzeni papierowej zaś, tu:



Koniecznie trzeba wspomnieć, że powstał też film poświęcony fotografowi - "Gancwol fotograf", w reżyserii Mariusza Malca. 

*

Gancwol zasłużenie wszedł do panteonu siedleckich legend, pamiętał go i wspominał z sympatią chyba każdy przedwojenny mieszkaniec miasta. Do dziś zachował się budynek, w którym mieściło się atelier fotografa. Wiadomo, że zachowało się ponad 900 szklanych negatywów z owego atelier (obecnie w Muzeum Regionalnym w Siedlcach); celuloidowe oryginały wykonywane w czasie okupacji spłonęły. Ile fotografii opatrzonych pięknym secesyjnym motywem na rewersie z napisem "Photographie a Gancwol a Siedlce" przetrwało  do dziś - któż to wie...
Przywołajmy tu jedne ze wspomnień siedlczanina związane właśnie z mistrzem Gancwolem wraz z beletryzowaną, artystyczną wizją jego śmierci (faktycznie Gancwola zabito w Treblince):
  
...obok kościoła garnizonowego, od zawsze miał atelier taki słynny siedlecki fotograf – Adolf Ganiewski. Właściwie Gancwol – zasymilowany siedlecki Żyd, który jeszcze przed wojną przyjął chrzest. Uważał się zupełnie za Polaka, ale Niemcy kazali przenieść mu się do getta. Mimo to jednak Ganiewski, chyba codziennie, opuszczał getto i szedł do pracy do swego atelier fotograficznego na Ogrodową. Mimo, że czuł się Polakiem podzielił los swych braci–Żydów. Został zgładzony w Treblince. Ludzie opowiadali, że tam na Ogrodowej zrobił swoje ostatnie w życiu zdjęcie – tego pchanego ku zagładzie Ludu Izraela. Kiedy po raz ostatni opuszczał swoją pracownie jeden z oficerów niemieckich wyrzucił jego klisze i fotografie. W tych kliszach i fotografiach zachowana była ogromna część historii Siedlec, Siedlczan – i w przypadku tamtych klisz i zdjęć zniszczonych przez hitlerowskiego oprawcę, faktycznie odchodziła w niebyt historia Siedlczan i Siedlec...

Marianna z Jaszczołtów Flegier z córką  Zofią
fot. Adolf Gancwol-Ganiewski, 
Siedlce, ok. 1906 r. 
Archiwum Artura Rogalskiego.

...U Gancwola razem z rodzicami robiliśmy przed wojną zdjęcia. Wspaniały, uroczy człowiek...

Reklama zakładu Gancwola na odwrocie
jednej z fotografii z pierwszych lat XX w.
za: https://pl.wikipedia.org/wiki/
Adolf_Gancwol-Ganiewski

...Jakaś wysoka, siwowłosa postać wysunęła się naprzód, pan Ganiewski – fotograf. Wzniesioną wysoko ręką, jakby chciał zatrzymać swoich współziomków, z torby wyciągnął aparat fotograficzny, powoli ustawił ostrość i chyba chciał powiedzieć – proszę się nie poruszać, proszę się uśmiechać. Reflektor słońca oświetlił całą tragiczną scenę, wiatr rozchylił kurtynę chmur. Potworna cisza, jedna z ostatnich odsłon wielkiej ludzkiej tragedii. Strzał. Z rąk pana Ganiewskiego, mistrza fotografa, wypadł aparat fotograficzny i roztrzaskał się o kamienie bruku na drobne szklane kawałki, a ciało cicho osunęło się na ziemię...


 (cyt. za: Robert Rogalski, Siedlce, okupacja, teatr. Wspomnienia z lat 1920-2018, Kosów Lacki 2018).
*

Jakkolwiek Gancwol wielokrotnie pojawiał się we wspomnieniach to jednak dotychczas - zdaje się - nikt nie próbował upamiętnić poety obiektywu w wierszu. Najwyższy czas to nadrobić. Oto Koń Gancwola autorstwa Iwony Cymerman (wraz z angielskim tłumaczeniem autorki), wiersz zainspirowany jednym z kadrów wspominanego wcześniej filmu "Gancwol fotograf".  

Adolf  Gancwol-Ganiewski
za: https://pl.wikipedia.org/wiki/
Adolf_Gancwol-Ganiewski


Iwona Cymerman


KOŃ GANCWOLA


galop samotnego konia -
przeszywający ból
wiatr chłoszcze skórę
pulsującą grzywą

napięte ciało rozbryzguje przestrzeń
a rozjuszona przestrzeń tnie i rani
bez litości

wzajemny gwałt
zemsta i ekstaza
kopyta i serce
powietrze i krew
tętent i śmierć

Gancwol umiał patrzeć
zaklinać wymiary

wywołują się
zdjęcia
niezrobione na zawsze
w drodze do Treblinki


wszystko ciche już i spokojne
w archiwach i magazynach
na półkach
poukładane

ale ten koń
nagły i gwałtowny
wzbija osiadły
na historii kurz

ten koń
z oka Gancwola nieustannie
wymyka się
na wolność

źrenica poszła z dymem
do widzenia
do patrzenia
prosto w życie

31.01.17


Translated by Iwona Cymerman

GANCWOL'S HORSE


gallop of a lonely horse -
stabbing pain
the wind lashing the skin
with a pulsing mane

a tense body splashes the space
and the enraged space cuts and hurts
without mercy

mutual rape
revenge and ecstasy
hooves and heart
air and blood
pounding and death

Gancwol knew how to look
to enchant the dimensions

unprinted photos
are being processed forever
on the way to Treblinka


everything is already peaceful and quiet
in archives and storerooms
arranged
on the shelves

but this horse
so sudden and violent
raises the dust
settled down on history

this horse
from Gancwol's eye incessantly
sneaks out
to go free

the pupil of the eye has gone up in smoke
see you
looking
straight into life


Portret nieznanej kobiety, 
fot. A. Ganiewski, 
Siedlce, początek XX w. 
za: http://gancwol.blogspot.com/

czwartek, 24 maja 2018

Fale / The Waves

Artur Rogalski, Fale z tomiku Krystalizacja (Radzyń Podlaski, 2015, s. 46):


FALE


grzmot o świcie
jest jak pierwsze słowo
w którym ukryły się
wszystkie słowa

strumienie dźwięków lub znaków
podwójny ruch przestrzeni
niewidzialnej i widzialnej

jeśli niewidzialnej
wtedy słowo
tylko przez chwilę zakłóca przestrzeń
i wraca do słowa

jeśli widzialnej
to wbrew zakazom i przestrogom
wnika w przestrzeń słowom obcą

z szeregu ciemnych punktów na jasnym tle
jakże niebezpiecznie blisko
do grozy pasm ogrodów
czy zapachu gór o poranku

zazwyczaj droga kończy się
w sieci materii
tam gdzie widzialne
połyka wszelkie znaczenia

rozpływają się w nieopisywalnej ciszy
o zmierzchu



Tłumaczenie Iwony Cymerman / Translated by Iwona Cymerman


THE WAVES


thunder at dawn
is like the first word
in which are hidden
all words

streams of sounds or signs
dual movement of space
invisible and visible

if invisible
then the word
just for a moment disturbs the space
and goes back to the word
if visible
then against all bans and warnings
it permeates into the space unknown to words

from a row of dark points on a fair background
how dangerously close it is
to the horror of the strips of gardens
or to the smell of mountains in the morning

usually the road ends up
in the network of matter
where the visible
swallows all meanings

they dissolve in the indescribable silence
at dusk



niedziela, 15 kwietnia 2018

Paganini i Lipiński, cz. 1

Dziś miała być dalsza część poświęcona XIX-wiecznym systemom walki, ale czy przy tak pięknej niedzieli mamy myśleć o kaleczeniu bliźniego swego? Nie uchodzi, nie uchodzi... Zatem nie będzie bicia, będzie muzyka. A jest i smutna okazja aby o niej wspomnieć - przedwczoraj zmarł Miloš Forman, autor najlepszego w dziejach kinematografii filmu o potędze dźwięków - czyli "Amadeusa"...

*

Skorzystam z Pamiętnika Ludwika Jabłonowskiego (szwagra Aleksandra Fredry, którego to Fredry Jabłonowski szczerze nie cierpiał), gdzie o systemach walki - i nie tylko - można dowiedzieć się niemało... Ponieważ hrabia Ludwik był weredykiem, kąśliwcem i uszczypliwcem wyznającym mądrą zasadę, że życie jest nieustanną batalią ludzi i narodów - z tych własnie powodów jego pamiętnik pełen jest obrazów walk dnia codziennego i czasów prawdziwej wojny (pamiętnikarz walczył dzielnie w Powstaniu Listopadowym). Ale oprócz nich - także tysięcy innych fascynujących szkiców z życia w wieku XIX, spisanych przez równie fascynującego, zagadkowego człowieka. Bo Jabłonowski, pod pancerzem ukutym z arogancji, złośliwości i zgryźliwości skrywał nieśmiałego i wrażliwego idealistę (obdarzonego przy tym wielkim poczuciem humoru). Nieszczęśliwe dzieciństwo i smutna młodość odcisnęła się jednak trwałym piętnem mizantropii na przyszłym kronikarzu... 



Aleksander hr. Jabłonowski, h. Grzymała,
litografia Ignacego Kobylańskiego

W Pamiętniku Ludwika Jabłonowskiego (wydanie krakowskie z 1963 r., ze wstępem Karola Lewickiego) pojawiła się krótka (i jak to zwykle u niego mocno doprawiona żółcią), wzmianka o arcymistrzu skrzypiec Nicolò Paganinim. Jabłonowski oglądał go na żywo w Wiedniu, w 1828 r., podczas pierwszego europejskiego tournee skrzypka. Oddajmy zatem głos pamiętnikarzowi... 
Jest początek roku 1828. Osiemnastoletni Ludwik jedzie z siostrą Zofią z Jabłonowskich Skarbkową do Wiednia. Zofia kończy właśnie sprawę rozwodową ze Stanisławem Skarbkiem, zaś jej brat po raz pierwszy ma okazję ujrzeć "inny świat". Wiedeń oszałamia przyszłego pamiętnikarza, chłopiec rzuca się w wir wielkiego miasta, chłonąc wszystkie szczegóły jak gąbka:

Gdy pięknym lipcowym wieczorem przez Tabor i Jägerzeil wjeżdżałem do miasta, bogactwo, swoboda, wesołość rojących się ulicami tłumów, przepych al giorno oświetlonych kawiarni, rozmaitość wystaw, dziwne na mnie robiły wrażenie. Świat wydał mi się piękny, uroczy, wabiący, a pierwszy i ostatni raz w życiu zdawał się uśmiechać do mnie. Takich chwilowych wrażeń udzielić trudno, a o rzeczywistości cóż mówić? Słyszałem maestra Paganiniego, jak czarny,  paskudny Włoch do nieudanego satyra podobny, jedna po drugiej niby przypadkiem rwąc strunę na ostatniej kończył koncert. Widziałem - jeden podobno z pierwszych w Europie - żyrafę, dar starego chediwa M[ehmed] Alego, przysłaną wraz z 5 arabami cesarzowi [...] widziałem jak Niemiec jakiś w szale ubóstwienia ukląkł przed posagiem Tezeusza i z złożonymi jak do pacierza rękoma wołał "Napoleon", "Canova", "Paganini"! Ktoś się rozśmiał, ja zrozumiałem, bo co wielkie to i bratnie; gdyby nie ta przeklęta nieśmiałość byłbym przy nim ukląkł. 

Tyle Jabłonowski. Krótki fragment - a ileż tu wrażeń, odczuć, fascynacji! Wszystko - Paganini, żyrafa Mehmeda Alego, posąg Tezeusza, dłuta Antonia Canovy - przesuwa się jak na szaleńczej karuzeli. Przypomina to nieco tok opowiadania z pamiętników Władysława Wężyka. Dodajmy, że Jabłonowski był wielkim admiratorem Napoleona, którego w pamiętniku nazywa zawsze per "Wielki". Jakakolwiek próba umniejszenia Cesarza doprowadzała go do pasji - jak chociażby podczas wizyty w Schönbrunn:
Pokazywano mi duże plamy na obiciu. Wielki [Napoleon - AR.) zrobił je, goląc brodę, mydlinami a oprowadzający fagas zabluźnił: "Tak źle był ten człowiek wychowany".      
*

Wracając do Paganiniego - ten nie czerpał profitów z urody tylko z wirtuozerii muzycznej i wzorcem urody męskiej faktycznie nie był. Złośliwy Jabłonowski nie rozminął się zanadto z prawdą, co poświadcza dagerotyp z podobizną wirtuoza (wykonany ok. 1840 r.):




Potwierdzają to także tysięczne karykatury z epoki, znęcające się nad wątpliwą urodą skrzypka, która przecież nie umniejszała zachwytu tłumów; co znamienne - jedna z karykatur podpisana była kąśliwie "Współczesny Apollo". Podobnie, choć nieco inaczej było z licznymi portretami i popiersiami Paganiniego, gdzie mimo retuszów i uszlachetnień nie ukrywano specyficznych szczegółów jego wyglądu: 







A propos wzmianki z Pamiętników Ludwika Jabłonowskiego - koniecznie chciałbym przypomnieć scenę z filmu "Paganini. Uczeń diabła". Główną rolę zagrał w nim David Garrett, równie podobny do Paganiniego jak i do mnie (czyli wcale, niestety). Ale jest prawda czasów, jest też prawda ekranu i filmowy Paganini w scenie, gdzie struny pękają (niby przypadkiem - jak u naszego kronikarza) wygląda tak:


Ha! Gra jak Paganini, ale przyznam, że były filmy, w których wygląd zewnętrzny wirtuoza skrzypiec był dużo bardziej zbliżony do oryginału. Taki Paganini (w interpretacji Klausa Kinskiego) - to rozumiem!:




*

Jeśli jednak mówimy 'Paganini' to musimy także dodać 'Karol Lipiński'. Drugi w dziejach po Paganinim, a niektórzy twierdzą, że nawet równorzędny Włochowi arcymistrz skrzypiec. I tu pojawia się miły sercu wątek, bowiem Lipiński urodził się w Radzyniu Podlaskim, jego ojcem był Feliks Lipiński, kapelmistrz Potockich.
Polska publiczność miała okazję słuchać kilkukrotnie włoskiego wirtuoza - w 1829 r., w Warszawie (podczas koronacji cara Mikołaja I na króla Polski), oraz kilka miesięcy później w Poznaniu. Razem z nim grał wtedy Lipiński, który wspólnie koncertował z Włochem już w 1818 r. Jako najwybitniejsi skrzypkowie swoich czasów zawsze byli ze sobą porównywani a Paganini, jakkolwiek świadom  swej doskonałości, uznawał wielkość Lipińskiego. Oto dwa wycinki prasowe z 1829 r. - o Paganinim i Lipińskim, podczas warszawskiej koronacji Mikołaja I:    


Gazeta Korespondenta Warszawskiego 1829 r.


Gazeta Warszawska 1829 r.
cdn. 

wtorek, 10 kwietnia 2018

Aleksander Fredro, cz. 2. Był w Siedlcach?

Był. Pytanie tylko ile razy i w jakich okolicznościach. Bezsprzecznie - był pod koniec 1812 r. lub na samym początku 1813 r. powracając z tragicznej kampanii rosyjskiej. Napisał o tym w pamiętniku Trzy po trzy (wydanie z 1957 r., s. 86):
W mojej zaś ucieczce z niewoli na Augustów, Siedlce, Puławy, wśród zamieci, nowych cierpień i niebezpieczeństw, świeci mi tylko jedna gwiazdka [...] 
Są jednak podejrzenia, że Fredro był w Siedlcach wcześniej, w latach 1810-1811 r. Punktem wyjścia dla owych podejrzeń jest informacja zawarta w wykazie oficerów armii Księstwa Warszawskiego opublikowanym przez Bronisława Gembarzewskiego. Brzmi ona tak:

Aleksander Fredro
- podporucznik pułku 4 jazdy galicyjsko-francuskiej 9 VI 1809
- do pułku 13 jazdy 23 I 1810
- porucznik pułku 11 jazdy
- kapitan adjutant-major pułku 14 jazdy 14 IV 1812 

Ostatnia informacja jest błędna. Bowiem w dniu 14 IV 1812 r. Fredro otrzymał nominację, na kapitana, adiutanta-majora ale... w 5 pułku strzelców konnych.  Kim jak kim, ale kirasjerem Fredro nigdy nie był (14 pułk jazdy Księstwa Warszawskiego był jedynym pułkiem kirasjerów w polskiej armii). Choć z drugiej strony niewiele brakowało aby faktycznie hr. Aleksander wstąpił do tegoż pułku;  jak sam pisał: 

"Za wstawieniem się mego brata, którego zastałem w Krakowie, ofiarowano mi miejsce w mającym się formować pułku kirasjerów Stanisława Małachowskiego, ale wróciwszy do pułku zakochałem się i pozostałem na miejscu".

Dodajmy, że wedle stanu służby Fredry, z którego korzystała Krystyna Czajkowska, Fredro został mianowany porucznikiem 11 pułku ułanów w dniu 28 IV 1810 r. Od 1813 r. przyszły pisarz był już oficerem-adiutantem sztabu głównego Wielkiej Armii.  
Mamy tu zatem cztery etapy służby, z czego trzy odbywały się w jednostkach liniowych kawalerii Księstwa Warszawskiego. Dwa - w 11 pułku ułanów (4 pułk jazdy galicyjsko-francuskiej otrzymał potem nazwę 11 pułku ułanów Księstwa Warszawskiego) oraz w 5 pułku strzelców konnych Księstwa Warszawskiego nie budzą wątpliwości. Natomiast epizod w 13 pułku jazdy wydaje się bardzo tajemniczy - o ile rzeczywiście miał miejsce.

*

Gwoli wyjaśnienia: ów 13 pułk jazdy to pierwotnie 1 pułk jazdy galicyjsko-francuskiej, a potem 13 pułk huzarów Księstwa Warszawskiego. Jego żołnierze nazywani byli "srebrnymi huzarami" w odróżnieniu od 10 pułku huzarów "złotych" (różnice w kolorach szamerunku na identycznych mundurach). Sam 13 pułk zasługuje na szersze i wreszcie - rzetelne - opracowanie. Nieścisłości zawarte w Wikipedii wynikające z błędnego przepisania (i tak nieścisłych) informacji od Gembarzewskiego drażnią i denerwują, co z tego, gdy są często powielane. 
Zatem: 13 pułk huzarów - owszem - od drugiej połowy 1809 r. formował się w Lublinie, jak podaje Gembarzewski - na koszt dawnych okręgów lubelskiego, stanisławowskiego i bialskiego. Już u podstaw formowania się pułku jego finansowanie było niejako rozdzielone pomiędzy dwa "nowe" departamenty - lubelski i siedlecki (w skład bowiem tego ostatniego wszedł dawny cyrkuł bialski) i jeden departament "stary" - warszawski (tereny regionu stanisławowskiego weszły w jego obręb). Już pod koniec 1809 r. 13 pułk jazdy  został rozlokowany w nowopowstającym departamencie siedleckim. Od końca 1809 r. do 1812 r. sztab pułku stacjonował w Siedlcach, zaś poszczególne szwadrony na terenach departamentu siedleckiego, głównie w powiecie węgrowskim, w miastach Węgrów, Liw, Sokołów (W Wikipedii wszystkie te ośrodki miejskie, mające jeszcze średniowieczną metrykę zostały określone jako "wsie"!). Sztab pułku zajmował budynek dawnej oficyny ks. Czartoryskich (obecnie jest to siedziba Archiwum Państwowego). W dniu 3 I 1810 r. huzarzy 13 pułku złożyli na rynku siedleckim przysięgę wojskową; było to jedno z ważniejszych wydarzeń w mieście, w czasach napoleońskich. Z krótką przerwą na kilkumiesięczny pobyt w Warszawie, w 1810 r., huzarska "trzynastka" była ściśle związana z departamentem siedleckim. Reasumując: określanie 13 pułku jako wyłącznie "lubelski" jest błędne. Srebrni huzarzy mieli jedynie krótki - acz bardzo ważny - epizod lubelski u początku formowania się oddziału. Do 13 pułku huzarów jeszcze wrócimy...

*

Po tym nieco przydługawym wyjaśnieniu należy się zastanowić, czy informacja podana u Gembarzewskiego jest wiarygodna. Pomylił się przecież co do 14 pułku, mógł pomylić się jeśli chodzi o huzarów. Do zachowanego (ponoć) do dziś stanu służby Aleksandra Fredry, jeszcze nie dotarłem, sądzę, że powinien być w tej materii miarodajny. Sprawdzimy - zobaczymy. Na chwilę obecną - wydaje mi się, że jest kilka przesłanek, wskazujących na możliwość huzarskiej służby hrabiego Aleksandra w Siedlcach:

1. Fredro zapewne znał wcześniej Siedlce, skoro wymienił je w swoich pamiętnikach przy okazji ucieczki/podróży do domu na przełomie 1812/13 r. Z jakichś względów nie wymienił innych większych miast, które musiały znaleźć się na trasie jego marszruty - np. Łomży i Węgrowa (ten ostatni mimo że był miastem powiatowym pod względem liczby ludności przewyższał  stolicę departamentu - Siedlce). Może dlatego, że ich nie znał? 
2. Generał Michał Ignacy Kamieński. Fredro wspomina go z rozrzewnieniem: 

"Kamieński był to człowiek już [podeszłego] wieku, małego wzrostu, dosyć otyły, dobroduszny, przystępny, chętnie rozprawiający, prawdziwy szlachcic starej daty. Ile razy później okoliczności zbliżyły mnie do niego, zawsze w nim znalazłem więcej niż uprzejmego przełożonego. Miałem wtenczas szczęście do ludzi".  

Generał Kamieński od 1810 r. był komendantem wojskowym departamentu siedleckiego, kwaterującym (do 1812 r.) w Siedlcach. Fredro opisuje pierwsze spotkanie z Kamieńskim w Rawie, w 1809 r. Jeśli później "okoliczności zbliżyły" go do generała - to bardzo prawdopodobne że właśnie w Siedlcach. Przy okazji - błędny zapis Fredry o zgonie Kamieńskiego: "w kampanii 1812 r. wzięty w niewolę, skończył tam z życiem swój zawód wojskowy" na długo wprowadzał zamęt w biogramie generała. Kamieński wrócił z niewoli i w 1815 r. zmarł w Roskoszy niedaleko Białej Radziwiłowskiej. Na cmentarzu w Białej do dziś znajduje się jego grób.    
3. Damy i huzary.  Może i słaby argument - ale czemu nie Damy i ułany? Powstaje tu pytanie, czy na decyzję o umieszczeniu w komedii huzarów miał wpływ jakiś osobisty sentyment albo po prostu pamięć o huzarskim epizodzie służby jej autora?

*

Z drugiej jednak strony we wspomnieniach Fredry dużo jest detali o jego służbie w 11 pułku ułanów w Lubelskiem. Są tu migawki wydarzeń z Krasnegostawu i Lublina. O Siedlcach - ani słowa. O służbie Fredry w huzarach milczy też redaktor Trzy po trzy (z 1987 r.) Krystyna Czajkowska.
Daty wskazują, że jeżeli nawet Fredro służył w 13 pułku - to naprawdę krótko, od końca stycznia 1810 r. do - najpóźniej - początków kwietnia tegoż roku.  Być może był to w jego wojskowym życiorysie jakiś mniej lub bardziej przypadkowy detal. A może, zwyczajnie, jest to pomyłka Gembarzewskiego. Tak czy owak - przynajmniej raz Fredro stąpał ulicami Siedlec... 


A.R.


Huzar 13 pułku
mal. B. Gembarzewski,
"Tygodnik Illustrowany",
nr 37, 13 IX 1900 r.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Sire - jak bić? Cz. 1

Huzar przed pojedynkiem,
rys. Artur Rogalski, 

na podst. rys. Horacego 
Verneta

Pytanie postawione w tytule - jakkolwiek wyraźnie wskazujące na XIX-wieczną proweniencję problemu - jest aktualne o każdym czasie i w każdej porze. Patronem naszych bojowych poszukiwań niech jednak pozostanie francuski huzar Wielkiej Armii, podobny do tego ze szkicu Artura (powyżej). I Arturowi teraz oddaję głos:

Zawsze ciekawiło mnie jak naprawdę było z systemami czy sztukami walki na Ziemiach Polskich w XIX w., a zwłaszcza w jego pierwszej połowie. Zagadnienie szerokie i skomplikowane, grono wielu pasjonatów i (rzadziej) badaczy dość regularnie stara się rozjaśnić jego sedno i otoczkę. Jednak często, gęsto brakuje konkretów, baza źródłowa gdzieś umyka, a historyczny kontekst pełni rolę służebną wobec prób rekonstrukcji. I tu, jak zwykle, w sukurs przychodzą literaci i literatura. Najczęściej literatura pamiętnikarska, rzecz jasna. Nie znajdziemy tu objaśnień i porad technicznych, jednak dowiemy się co kronikarze - choćby ogólnie - wiedzieli w tej materii...

*

Systemy walki w początku XIX w. to - przede wszystkim - wojskowe techniki władania bronią białą. Rzecz oczywista. Lanca, szabla, szpada, pałasz, karabin z bagnetem, tasak piechoty (chodzi tu o rodzaj krótkiej szabli, nie zaś toporek) to podstawowa broń, której poświęcano podręczniki i traktaty. Znana jest rozprawa o sztuce władania lancą (Essai sur le maniement de la lance, wyd. w Paryżu w 1811 r., autorstwa - oficjalnie - Wincentego Krasińskiego), podręcznik walki na bagnety z czasów Królestwa Polskiego (Nauka podająca sposoby bicia się na bagnety, Warszawa 1827 r.), podręcznik szermierki konnej Stanisława Iwanowskiego (Nouveau systeme d'escrime pour la cavalerie [...], Paryż 1834 r.), nawiązujący do czasów staropolskich traktacik o polskiej szabli Michała Starzewskiego (Traktat o szermierstwie, wydany w Krakowie, w 1932 r.) i inne (dotyczące szermierki dziełka Antoniego Durskiego, Karola Bernolaka, Aleksandra Raciborskiego; wszystkie ukazały się u schyłku XIX w.).
Być może do tych zagadnień jeszcze wrócę, ale są one - ze względu na badania nad wojskowością - dość znane. A jak te sprawy miały się  w bardziej cywilnym świecie? Były drewniane palcaty, jako wstęp do szermierki szablą. Była też bliżej nieznana "giryga", zdaje się forma ćwiczebnej, krótkiej włóczni (o niej później). Ale to cały czas broń biała...  
A walka wręcz? Wszak na zachodzie Europy, w Anglii boks święcił triumfy niemal od początków XVIII w. We Francji zaś, od - co najmniej - XVII w. istniał jeszcze bardziej uniwersalny i skomplikowany system walki wręcz - savate. Warto zatem sprawdzić te obydwa tropy.

*

Nie wiem, czy nie pierwszym, który w polskiej literaturze wspomina o boksie jest podlaski pamiętnikarz i podróżnik Władysław Wężyk. 
Na dokładne opisanie przygód i wspomnień Wężyka zabrakłoby miejsca na blogu. Na razie dość będzie powiedzieć, że Władysław, urodzony w 1816 r. (w podlaskim Toporowie), mając zaledwie 22 lata, wyruszył w 1839 r., w podróż na Bliski Wschód. I pozostawił z tej podróży najpiękniejszy, najdojrzalszy, najbardziej kpiarsko-gorzko-filozoficzny opis Egiptu jaki pojawił się w polskiej literaturze. Część druga Podróży po starożytnym świecie (zatytułowana Egipt. Obrazy, wyd. Warszawa 1842 r.) miała formę absolutnie wyjątkową i całkowicie zaskakującą. W latach 40-tych XIX w. opis egipskiej peregrynacji Władysława szokował i oburzał - tak o swoich przygodach nie pisał jeszcze nikt! Książka spotkała się z krytyką i całkowitym niezrozumieniem współczesnych.
Pozostawiając na razie resztę Podróży... na boku, rzućmy okiem na stronę 47 pierwodruku tego dzieła (w 1930 wydał Egipt powtórnie Jan Bystroń). Właśnie na owej stronie jest zabawna wzmianka o bokserskich ciosach (tu: "boxach"), którymi może obdarzyć przeciwnika angielski gentelman, tudzież bokserskiej postawie/pozycji. Przypomnijmy - jest rok 1839...






cdn.

poniedziałek, 26 marca 2018

Aleksander Fredro, cz. 1. Opowiadania niesamowite

Dziś dalsza część historyczno-literackich opowieści Artura. Et voila!: 



Znakomita większość czytelników kojarzy Aleksandra Fredrę z nieśmiertelnymi utworami komediowymi (a niektórzy z mocno dosadnymi, wierszowanymi dziełkami erotycznymi). I słusznie. Ale... gdyby ktoś sięgnął po jeden z najciekawszych i najlepiej napisanych pamiętników (beletryzowanych) dziewiętnastego stulecia, zatytułowany Trzy po trzy, autorstwa właśnie hrabiego Aleksandra - ten zdziwiłby się mocno! Co bowiem pisał znakomity komediopisarz o swych twórczych wawrzynach i utrapieniach? Otóż - nic, albo prawie nic. Cały pamiętnik poświęcony jest wspomnieniom z czasów służby wojskowej w armii Księstwa Warszawskiego a potem sztabie cesarza Napoleona, oraz - w mniejszym wymiarze - migawkom czasów młodości i dzieciństwa. Adam Grzymała-Siedlecki, autor wstępów do pamiętników Fredry ujął to wprost: "Czuje się, jak do końca życia pozostał mu ważny każdy drobiazg dotyczący tego, kto wie, czy nie najwyższego jego umiłowania życiowego (czyli - wojska - AR). Zestawmy odnośne wojenne fragmenty pamiętników z bąknięciami niejako o twórczości literackiej. Gdyby nie rozżalenie do krytyków, prawie żebyśmy się nie dowiedzieli, że był komediopisarzem". 
Inne aspekty wojaczki, pamiętników i życiorysu hr. Aleksandra pozostawiam na później. A jest o czym pisać! Dziś chciałbym wspomnieć o nielicznych, acz nader ciekawych elementach pojawiających się w twórczości Fredry. Związanych z szeroko pojętą literaturą grozy i mocno - jak na tego twórcę - nietypowych...

*

W 1911 r., w dziale "Rozmaitości" czasopisma "Biblioteka Warszawska", Maria hr. Szembekowa, wnuczka Aleksandra Fredry, opublikowała Fragment (tak zatytułowany) z nieznanego dzieła swego dziadka. Opatrzyła go następującym wprowadzeniem:

"Wśród papierów i rękopisów, pozostałych po moim dziadzie, Aleksandrze Fredrze, znalazłam niżej podany urywek; pisany jest ręką mojej ciotki Zofii Szeptyckiej, wyraźnie jako brulion pod dyktandem ojca, bo zawiera dużo przekreśleń i poprawek. Wydaje mi się ciekawy, więc go ogłaszam. O poniższym zdarzeniu raz jeden w życiu słyszałam, ale było to w tak dalekim dzieciństwie, że żadnych szczegółów nie pamiętam. Wiem jedynie, że raz, kiedyś, w mojej obecności była mowa o bitwie pod Hanau i poprzedzającym ją tajemniczym zajściu z mnichem. Dopiero odczytanie rękopisu rozmowę tę mi przypomniało. Czy rzeczywiście przygoda ta mego dziada spotkała, twierdzić na pewno nie mogę. Wiarygodność jej wydaje mi się o tyle niewątpliwą, że dziad mój nigdy tego rodzaju fantastycznych bajek ani sam nie pisywał, ani też nie lubił".
Poniżej - ów Fragment:






     

*

W wydaniach Trzy po trzy z 1922 r. i 1957 r., prof. Henryk Stanisław Mościcki umieścił powyższe opowiadanie w aneksach do tekstu zasadniczego, zatytułowanych "Luźne fragmenty z pamiętników" (pierwsze wydanie tego pamiętnika z 1880 r. było całkowicie pozbawione aparatu krytycznego). 
Zwróćmy teraz baczniejszą uwagę na ostatnie zdanie wstępu Marii Szembekowej. Jest pewna, że Fredro nie lubił ani nie pisał opowieści grozy, nazwanych przez nią "fantastycznymi bajkami". Z tą opinią warto jednak dyskutować, bo nie gdzie indziej, a właśnie w pamiętniku Trzy po trzy mamy do czynienia z nader podobnym fragmentem tekstu! Zamieszczam go poniżej:
















Oba teksty mają styczne punkty. Noc, odludny, ponury dom, będący miejscem, w którym kumuluje się lęk i przerażenie, pogrzebowe artefakty - to charakterystyczny anturaż wielu opowiadań niesamowitych. Fragment opublikowany przez Szembekową utrzymuje się w konwencjonalnym (powiedzmy) klimacie takich opowiadań. Przeklęty obraz, dzieło zatrzymujące w sobie upiora, malunek przynoszący nieszczęście - to dla opowieści grozy (i nie tylko) niewyczerpane źródło inspiracji (i elementy Strasznego dworu i Portret Doriana Greya i Stefan Grabiński /nawiedzone wizerunki w opowiadaniu Muzeum dusz czyśćcowych/, i Karl Hans Strobl /portret siostry Agaty z opowiadania Występna mniszka/, czy wreszcie najnowsze rewelacje o obrazach "Płaczący chłopiec" i "The Hands Resist Him"...). Końcówka opowiadania Fredry zawiera jednak niespodziankę. Gdy już, już, wydawałoby się, wszystko można będzie rozsądnie wytłumaczyć - to odnaleziony skrawek żelaza i czerwone sukno zaskakują autora wspomnień (i ich czytelnika). Oto bowiem znalazły się materialne (a zarazem symboliczne) dowody niesamowitego wydarzenia z pogranicza snu i jawy... Wnuczka autora Zemsty dopowiada, że widziadła mogły być tajemniczym preludium (przeczuciem?) wypadku, który miał miejsce nazajutrz po koszmarnej nocy. W tym dniu, 30 X 1813 r., podczas krwawej bitwy pod Hanau (na terenach niemieckiej Hesji), Aleksander Fredro cudem tylko uszedł śmierci... 
Natomiast "horrorowy" fragment pamiętnika Trzy po trzy - to już wyższa szkoła makabry. Niesamowitość jest tu, już od samego początku, nieokreślona. Nie wiadomo co przeraziło kawalerzystę - i on sam tego nie wiedział, i narrator nie dał nam żadnego racjonalnego wyjaśnienia. Coś się wydarzyło, coś...było obecne - a lęk pozostał... 
Już tylko gwoli ścisłości dodam, że wydarzenie to miało miejsce, najprawdopodobniej w 1811 r., na terenach Księstwa Warszawskiego. Ale... czy to w Związku Reńskim, czy w Polsce - groza wszędzie jednaka... 

cdn.



A.R.

2022. Nowy początek

Długo nic się tu nie działo. Najwyższy czas to zmienić. Zaczynam od wiersza na Nowy Rok i z nadzieją wracam do działania. Arur Rogalski *** ...