Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roberto Juarroz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roberto Juarroz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 stycznia 2018

Niebo w styczniu / The sky in January

Była noc październikowa Iwony Cymerman, była noc grudniowa Roberta Koncy, a teraz nadszedł czas na noc styczniową Milana Rúfusa. 
Niżej zamieszczony tekst pochodzi ze zbioru Wiersze (Kraków 1977, w cyklu "Humanum est"); przekładu z bratysławskiego wydania Básni (1975 r.) dokonała Danuta Abramowicz. Ona też wybrała wiersze i opatrzyła je posłowiem. Milanowskie wspomnienie styczniowych nocy znalazło się na str. 84-85:

Okładka Wierszy Milana Rúfusa 
projekt obwoluty - Andrzej Darowski

*
"Ostatnio zdarza mi się myśleć o styczniowych nocach. Głębokich, pełnych wewnętrznych rozbłysków, z wiecznie śpieszącymi się, rzadkimi chmurami. Z mrozem, w którym powietrze i wszystkie rzeczy w nim trzaskają drobno i sucho niczym grzebienie we włosach kobiet. Z wędrownymi wirami pyłu śnieżnego, sunącego przez świat niczym królewski welon czystej, niemal wesołej, rozdzwonionej śmierci. W takie to noce zwierzyna opuszcza swoje ostępy i zbliża się do osiedli ludzkich. 

Tatranská Javorina
Słowacja, koniec października 2008 r.

Lękliwie, a więc na swój zwierzęcy sposób z godnością. Przypominam sobie, jak w takie noce widywałem w Tatranskiej Poliance jelenie. Najpierw długo stały na skraju lasu, a kiedy w budynkach pogaszono światła, zbliżały się ostrożnie, szukając na ścieżkach kawałków chleba. Potem odeszły. W ich przyjściach i odchodzeniu był jakiś głęboki sens, coś, co mnie jako człowieka napełniało dziwnym smutkiem, aż poczułem potrzebę wiersza tak absolutnego, że go nie można było napisać. Dziś przywołuję ich obraz, jakby wtopiony w bursztyn, w tę noc pełną gwiazd na śniegu a szronu na niebie - i jeszcze, i jeszcze raz uzmysławiam sobie, jak przychodziły wziąć chleb i trzęsły się przy tym o swoją wolność. Twarzą w twarz wobec tego obrazu uzmysławiam sobie dzieje ludzi, niezrozumiały proces, w którym człowiek wolny stał się człowiekiem domowym, przywiązanym do miski zwanej stopą życiową, do miski, która jest coraz pełniejsza, łańcuchem, który staje się coraz krótszy.

Kościół św. Anny w Tatranskiej Javorinie. 
Słowacja, koniec października 2008 r.

Ale i poeta jest synem człowieka, jest tylko synem kobiety, śmiertelnym synem kobiety. 
Zrozumiecie chyba, dlaczego dlaczego było mi tak cudownie smutno przy spojrzeniu na zwierzynę lękliwie podchodzącą do skórki chleba i odchodzącą z ogromną elegancją; ryzykowały coś niezastąpionego, ponieważ nie miały wyboru. Właśnie ze względu na ten niepokój były mi tak drogie: bo były podobne do nas, których zima naszego człowieczeństwa od dawna już zmusza do wymieniania chleba za wolność, aż nas to w końcu nie boli.
*

Nie dotarłem jeszcze do źródła owego wspomnienia - Danuta Abramowicz wspomniała, że Rúfus zamieścił je "w jednej z autobiograficznych prac". Gdy tylko odkryję jaka to praca - niezwłocznie poinformuję czytelników. Kwestia czasu. 
Paralele pomiędzy pragnieniem przeżycia zwierząt (zatem swoistym luksusem w ich świecie)  i ludzką potrzebą wygody i luksusu, są może nawet aktualniejsze dziś niż wtedy gdy opisywał to Rúfus. Zwłaszcza, że w biedniutkiej Słowacji (ówcześnie złączonej z Czechami) ta stopa życiowa naprawdę wysoka nie była.  
Obecnie skala zniewolenia jednostki przybiera formy wręcz groteskowe - i wszystkich nie tylko to nie boli, ale chcą tego zniewolenia całym sercem i duszą! Człowiek wolny stał się człowiekiem domowym a człowiek domowy człowiekiem korporacyjnym. Taka ewolucja ku przepaści. Może ktoś uzna to za żart ale wielu niewolników w starożytności dysponowało większym marginesem wolności niż dzisiejszy "wolny" człowiek pracujący. Człowiek-robot, człowiek-automat, człowiek-konsumujący. Witamy w nowym, lepszym świecie panie Rúfus!

*

Opis styczniowej górskiej nocy powoduje, że ciarki przechodzą po grzbiecie. Fragment poświęcony pragnieniu "wiersza absolutnego" jest - jak sadzę - szczególnie bliski wszystkim ludziom pióra, którzy doświadczają częściej lub rzadziej takowej iluminacji. I opowieść o kontekście tego pragnienia, niejako w kontrze do innego przywoływanego na blogu mistrza  - Roberta Juarroza. Dwaj mistrzowie, dwa systemy sztuki tworzenia. 

W króciutkim wspomnieniu znajdują się, a jakże, elementy magiczne. "Z wędrownymi wirami pyłu śnieżnego sunącymi przez świat niby królewski welon [...] śmierci". Ten fragment odsyła nas do fascynującej i przerażającej przestrzeni - pandemonium powietrza. Stary mistrz doskonale wiedział co oznaczały i jaki kontekst w słowiańskiej demonologii miały "wiry pyłu", które czasem można zaobserwować na polach latem; zimą, podczas śnieżnej zawiei łatwo je dostrzec w każdym miejscu, zwłaszcza w górskich kotlinach i na halach. Świat demonów powietrza był dla Słowian światem wrogim i niebezpiecznym. Przebywający w nim płanetnicy, latawce, wiatracznicy, diabły powietrzne, duchy wisielców sprowadzały różnorakie nieszczęścia na stąpających po twardym gruncie. Lecz o ile płanetnika albo latawca (demony pogody) dało się jeszcze jakoś okpić lub oswoić, a nawet posiąść jego nadnaturalne umiejętności to wir powietrzny wywodził się z głębszej, mroczniejszej otchłani. Tak pisał o tym profesor Bohdan Baranowski w swojej fascynującej książce W kręgu upiorów i wilkołaków (Łódź 1981, s. 128): 
Osobnym zagadnieniem może być  sprawa szeroko rozpowszechnionych na dawnej wsi wierzeń w magiczną i wielce dla ludu szkodliwą działalność "wirów" lub "cugów" powietrznych [...] zjawisko huraganów, czy nawet zupełnie niewielkich wirów powietrznych tłumaczono zwykle jako przejaw działalności istot demonicznych, a więc najczęściej diabłów, lub potępionych dusz wisielców. Stąd też tak częste powiedzenia znane w podobnych brzmieniach na całym niemal obszarze ziem polskich, jak np. "diabeł leci i macha ogonem", "diable wesele", "diabeł tańcuje i ogonem zamiata", "diabły tańcują bo się ktoś powiesił", "wisielec tańcuje", "leci dusza z wisielca",  itp.       
Okładka W kręgu upiorów i wilkołaków
Bohdana Baranowskiego
wg projektu Stefana Drobnera
(także autora świetnych ilustracji
do niniejszej książki)

Baranowskiemu wtórują Barbara i Andrzej Podgórscy, autorzy Wielkiej Księgi Demonów Polskich (Katowice 2005), którzy przytaczają inną, demoniczną genealogię wiru powietrznego - miał on wywodzić się z pradawnych pogańskich wierzeń w demona wiatru, być może tożsamego z Pochwistem, Poświstem lub Pogwizdem. Według ludowych przekazów śląskich "taki wir to «zło» lecące powietrzem [...], «powicher», to jest ruch powietrza, wir w którym zły duch siedzi, sam diabeł". A i inne powietrzne, realne przecież istoty miały swoje złowrogie znaczenia. Chociażby Lelek Kozodój dziwaczny, nieco odrażający z wyglądu ptak, który miał przenosić do Wyraju dusze zmarłych; czasem sam był takowej duszy symbolem. Albo i łowcą dusz - jak u H.P. Lovecrafta... Kwestia do rozwinięcia.  
Milan Rúfus poszedł wszakże o krok dalej. W jego tekście wir powietrzny staje się welonem samej cesarzowej demonów - Śmierci. Fakt, że poeta, po hrabalowsku oswaja Otchłań i przydaje śmiertelnemu korowodowi rozdzwonionych, "niemal wesołych" znaczeń, ani na jotę nie czyni obrazu mniej przerażającym. I mniej tajemniczym - jak owe wewnętrzne rozbłyski nocy. 
Wręcz przeciwnie....    

Milan Rúfus. Milan Rúfus. Milan Rúfus po trzykroć!
     
Okolice Lodowego Szczytu tuż przed burzą śnieżną
Słowacja przełom października i listopada 2008.

niedziela, 7 stycznia 2018

Cygan pisze Ikonę / Gypsy paints an Icon

Prawosławne Boże Narodzenie 2018 - upłynie pod znakiem karpackiej Ikony opisanej w wierszu Roberta Koncy Cygan pisze Ikonę. Ikony, okna w inny Świat, tajemniczego szkiełka do nieznanej, doskonałej przestrzeni. A szkiełka tworzą niedoskonali ludzie... Wiersz Roberta mógłby być mottem do niniejszego bloga. Zwłaszcza dwa ostatnie wersy: 

napisać ją i odejść
ustąpić miejsca światłu

Czy jest coś bardziej fascynującego  od roztopienia się w swym utworze? Jak budowniczowie katedr. W większości – mimo rozlicznych powodów i pokus aby upamiętnić się na wieki - znikali w swym dziele. Liczyła się tylko treść – sedno rzeczy, sedno przekazu. I tak być powinno. Dziś opakowanie jest tyleż warte co zawartość. Można powiedzieć – nawet ważniejsze. Takie czasy. W Katedrze rozpoczynały się i zbiegały drogi Wszechświata. Supermarkety (teraz: Galerie!) – to drogi donikąd...   

*


O okolicznościach powstania wiersza opowie (prozą) sam autor. Kiedyś traktowałem takie  uzupełnienia jako zbędne ornamenty. Zmieniłem zdanie gdy podczas jakiejś radiowej audycji usłyszałem Czesława Miłosza opowiadającego o kontekstach swej twórczości. O kontekstach, które z przyczyn oczywistych mogły być znane tylko jemu. Była to opowieść fascynująca, która pozwoliła odnaleźć sedno niektórych utworów, bez owego kontekstualnego narzędzia niemożliwych do wydobycia. 
Nie sposób tutaj uniknąć nawiązania do Roberta Juarroza, który jak już wcześniej wspominałem, nie tolerował żadnych dodatków do tekstu literackiego. Jest to skrajne podejście, jednak trzeba pamiętać, że bywają też tacy, dla których kontekst i opracowanie były/są ważniejsze od samego utworu. W kulturze popularnej kontekst dzieła przybiera wręcz groteskowe formy (cała machina streszczeń i opowiadań o filmach czy serialach, w których nie wiadomo już co jest pierwsze - resume, czy opisywane przez nie "dzieło"). Ale są to już kwestie ściśle związane z popytem i podażą działów marketingowych. 
Ci którzy pamiętają czasy socjalizmu/realizmu magicznego pamiętają zapewne wstępy do dzieł literackich (czasem niemal dorównujące rozmiarowo treści dzieła). Czarno na białym udowadniano tam, że np. Jean Valjean był w prostej linii, genetycznie, przodkiem działaczy PCF, a Javert to pradziadek funkcjonariuszy-pałkarzy Vichy. A gdyby, a gdyby, a gdyby... wszystko działo się w sanacyjnej Polsce to byliby to Janek Wałżyn z KPP i Bolesław Żawiur z granatowej policji..., etc., etc. Wszystkie literackie rzeki i źródła zgrabnie kierowano do politycznego zalewu (zlewu). Ale to były inne - niemerkantylne - potrzeby i prawdy. Prawdy czasu, prawdy ekranu, że tak powiem. Zresztą bieżąca polityka ma zawsze swoje określone zadania...
Dystansując się od tego typu działań nie zgodziłbym się jednak na radykalne pozbawianie dzieła dołączonych ram - dopowiedzeń, uwag, wstępu, posłowia, etc. Bez nich - często - tekst  jest jak katedra  bez witraży. Dałoby się tworzyć nie zastanawiając się, nie rozmawiając i nie komentując rzeczywistości tworzenia, jego sensu i  tła?
Gdybyśmy jednakowoż przyjęli ściśle postulat Juarroza, to jest furtka pozwalająca na ominięcie jego restrykcyjnych zasad (Polak potrafi!). O kontekście utworu, o kulisach jego powstania, o rzeczywistości towarzyszącej może opowiedzieć inny utwór literacki. I co Wy na to? Tak właśnie będzie teraz. Prequel do wiersza Cygan pisze Ikonę jest ścisłym, niemal kronikarskim zapisem wydarzeń prowadzących do wiersza; rzeczywistości która wiersz opowiedziała.  
Ksiądz, Rusin, Cygan, miejscowości, zapisy dialogów i podróż – są jak najbardziej autentyczne. 


*

Robert Konca


CYGAN PISZE IKONĘ. PREQUEL


– Myślisz, Robo, że jest mi po drodze z tym rasizmem? To grzech, ja się z tego ciągle spowiadam! – znajomy ksiądz ewangelicki, którego parafia obejmująca dzikie tereny południowo-wschodniej Słowacji, należała do najbiedniejszych regionów Unii Europejskiej, z rezygnacją opróżnił trzeci już kieliszek boroviczki. 
– Popatrz na nich – obszernym ruchem ramienia wskazał na kolorowe i hałaśliwe grupy Cyganów krążące po średniowiecznym rynku miasteczka, a był to gest króla, którego właśnie zmuszono do abdykacji – Są w nieustannym ruchu, jak cząstki elementarne. I zawsze coś kombinują. Jakiś przekręt, lewiznę, aferę. Kiedyś pojechałem do ich slumsów pod Rožňavą, z jedzeniem i lekami. Daję żarcie dwunastoletniemu chłopcu, a on prawą ręką bierze je ode mnie, zaś lewą z niewinnym uśmiechem, w którym jednak widziałem odcień drwiny i pogardy, próbuje wyciągnąć mi portfel z kieszeni. Znam takich, co nawet skończyli studia. Pomagałem im, kupowałem książki, załatwiałem potem pracę w urzędach i firmach. I wiesz, co? Żaden nie pracował dłużej niż dwa miesiące. Wszyscy wylądowali z powrotem w slumsach, z plastikową butelką taniego wina w ręku i z torebką kleju na głowie. Z pięciu lat studiów nie pamiętali niczego. Myślę, że nie miało do dla nich najmniejszego znaczenia, jakby się w ogóle nie zdarzyło. Mówię ci, to jakaś genetyczna skaza. Cyganie tak po prostu mają. Inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, choć bardzo bym chciał...
– Nie wierzę, że nie spotkałeś porządnego Cygana. Ja wielu takich spotkałem, a przecież nie żyję tutaj na stałe, w przeciwieństwie do ciebie.
– Ty to jednak naiwny jesteś, Robo. Poeta. Chociaż... – ksiądz nagle zamyślił się, a jego wzrok skierował się gdzieś ponad kolorowe kamieniczki i pobliski zamek, ku nieskończoności. – Podobno jest taki jeden Cygan. Rusini mówią, że to święty człowiek. Ikony pisze. W górach przy wschodniej granicy mieszka, w pustelni. Ale to pewnie tylko rusińska legenda...
–  Sprawdzimy? Jedziemy na wschód?
 Jesteśmy na wschodzie. W sumie nie jest daleko... – oczy mu nagle rozbłysły i w tamtej chwili wyglądał jak Indiana Jones na tropie zaginionej Arki Przymierza. Błyskawicznie podniósł do ucha smartfona, nazywanego tu chytrym telefonem.
  Po krótkiej rozmowie w dialekcie wschodnio-słowackim szybko wstał i oznajmił: – Jedziemy! Za kwadrans mamy osobowy do Humennego.
   W Humennem przesiedliśmy się na pociąg do Stakcina, gdzie tory się kończą, a dalej są już Karpaty. W Stakcinie, w jakiejś uroczej spelunie, pamiętającej chyba czasy Masaryka, a może i Franciszka Józefa, czekał na nas stary Rusin o wyglądzie patriarchy. Po wychyleniu kieliszka śliwowicy zadzwonił do kogoś i długo coś mu tłumaczył pełnym szacunku szeptem; po następnym kieliszku narysował mapę na serwetce i wręczył ją księdzu jak relikwię. Kiedy wychodziliśmy, na pożegnanie powiedział nam tylko: 
– Podobno On już prawie nie mówi...
I tak ewangelicki ksiądz wraz z poetą-heretykiem, ruszyli na pielgrzymkę do pustelni        Cygana, który pisze ikony. 


Cerkiew w Stakcinie / Stakčínska Cerkva
fot. Boris Dovala
(za: http://www.panoramio.com)

*

Robert Konca


CYGAN PISZE IKONĘ



przenieść

z miejsca na miejsce
swoją ciemność
nie pytając dlaczego

pełznąć w pierwotnym mroku

podczas gdy ręka 
po omacku 
dotyka widma twarzy

która lśni po drugiej stronie ciemności 

jak jasne okno
przywołujące ślepca

napisać ją i odejść

ustąpić miejsca światłu


I tłumaczenie Iwony Cymerman:


GYPSY PAINTS AN ICON


to move
one's darkness
from place to place

without asking why

creeping in the original darkness
while the hand
blindfold
touches the spectrum of the face

which shines
on the other side of the dark
like a bright window
calling the blind

to write it and leave
give way to light



Ikona: Zmartwychwstanie Chrystusa,
św. Mikołaj Cudotwórca w otoczeniu wizerunków
Matki Boskiej, Sąd Ostateczny i "prazdniki".
Muzeum Narodowe w Warszawie
(zaczerpnięte ze strony MNW Cyfrowe)

niedziela, 31 grudnia 2017

Przekroczyć granice nocy / Traspasar los limites de la noche

W ostatni dzień roku przekroczymy granice nocy z Robertem Juarrozem. Ponieważ on sam był zajadłym przeciwnikiem jakichkolwiek prób interpretacji wierszy, a zatem także wstępów, objaśnień etc. - dziś bez zbędnych komentarzy. Zachęcam tylko do lektury Poezji Pionowej & Okruchów Pionowych (Roberto Juarroz, Poezja Pionowa & Okruchy Pionowe, wybór, przekład i opracowanie Marta Cichocka, Kraków 2005) z których pochodzi niniejszy wiersz i dziękuję Marcie Eloy Cichockiej za świetne wprowadzenie do zbioru tłumaczeń. Juarroz może by się na wstęp zżymał, a może i obraził; ja przeczytałem go z przyjemnością. Ale jest punkt styczny pomiędzy budowniczym katedry i poetą: obaj kochamy konstrukcje wertykalne... 
Szczęśliwego Zeszłego Roku!

*
Roberto Juarroz


V, 34


Traspasar los limites de la noche,
pero no hacia el dia
Desenmarcar la historia oscura que nos narra
como pequeños cuentos,
romper el episodio que nos toca,
saltar del escenario
sin transpunte ni texto
e irse sin más tramoya
que el hecho natural
o artificial
de haber nacido.

Porque ya queda otra alter nativa
que apretar el botón que hay en el centro.
Aunque la realidad salte en pedazos.
O aunque no ocurra nada.

przekład z języka hiszpańskiego - Marta Cichocka

V, 34



Przekroczyć  granice nocy,
ale nie w stronę dnia
Zedrzeć okładkę z ciemnej historii, która nas opowiada
jak krótkie bajki,
przerwać dotyczący nas epizod,
wyskoczyć ze sceny
bez inspicjenta ani tekstu
i odejść bez innego teatralnego chwytu
niż fakt naturalny 
lub sztuczny
własnych narodzin.

Bo już nie ma innej alternatywy,
jak tylko nacisnąć guzik pośrodku.
Choćby rzeczywistość rozpadła się na kawałki.
Lub choćby nie stało się nic.


Roberto Juarroz, Poezja Pionowa & Okruchy Pionowe, s. 47 
(przekład Marty Cichockiej z: Poezja Pionowa: tom piąty, 1974).


*


Wiersz nieodparcie kojarzy mi się z finałowymi scenami filmu "Collateral" (Zakładnik) w reżyserii Michaela Manna (2004). Bluźnierstwo? Być może, ale taka jest własnie poezja - przekraczająca granice. Ostatnie migawki gdy ocaleni Max i Annie biegną w świt a martwy Vincent odjeżdża wagonami metra LA w symboliczny mrok - przekraczając właśnie granicę nocy - ale nie w stronę dnia...  To jest zdarcie okładki z ciemnej historii, wyskoczenie ze sceny (ostatniej w filmie)! W rytm niesamowitego "Requiem" Antonio Pinto...  


https://www.youtube.com/watch?v=uqZy5pQQLV0

I "Requiem" Antonio Pinto w całości:  

https://www.youtube.com/watch?v=tij_WfV-5Hk

sobota, 30 grudnia 2017

Zatrzymaj się bracie, stań, zachowaj spokój / Hold on, my brother, stand and keep calm

Ponieważ "Smutny wiersz na koniec roku" Artura z tomiku Krystalizacja był już na blogu publikowany, zatem dziś w związku z realnym końcem obecnego roku, inny wiersz Artura nieźle współgrający z rocznymi (nied)ostatkami. Utwór zaplanowany jako żart wymknął się autorowi spod kontroli, nabrał nieco mroczniejszych odcieni i w efekcie trafił do jak najbardziej poważnego, debiutanckiego tomiku współtwórcy bloga pt. Krystalizacja (Artur Rogalski, Krystalizacja, Radzyń Podlaski, red. Robert Konca, opr. graf. autor, wyd. RASIL).


Artur Rogalski


***


Zatrzymaj się bracie,
stań, zachowaj spokój.
Czas przepływa przez ciała
przezroczystą strugą. To wodopój
lęków, rewir grozy, strefa mroku.
Tylko pomyśl o tym co się stało,
o tym co się nigdy nie wydarzy
ile nam jeszcze kalendarzy
przeznaczono do kupienia.
Ale dosyć. Opuszczamy zonę przeznaczenia.
Uciekamy do domu
do pracy do pisania
Mrok za nami. Jeden krok.
I zawsze nas dogania.

Artur Rogalski Krystalizacja, Radzyń Podlaski, 2015, s. 61.


I - przesłany dla katedralnego bloga (dziękuję!) - przekład Iwony Cymerman:


Hold on, my brother,
stand and keep calm.
Time flows through the bodies
as a transparent stream. It's a waterhole
of fears, territory of terror, zone of darkness.
Just think about what happened,
what will never happen
and how many more calendars we are
supposed to purchase.
But enough. We are leaving the zone of destiny.
Running home
to our writing, our work.
Darkness stays behind us. Just one step.
And it is always catching up with us.



Okładka Krystalizacji Artura Rogalskiego
(własnego projektu autora), Radzyń Podlaski 2015.

*

Poniżej - najnowszy 21 numer "Kwartalnika kulturalnego Kozirynek", w którym znalazła się pierwsza, nader pochlebna recenzja Krystalizacji (wpleciona w esej o historii "Kwartalnika...") pióra Artura Ziontka (członka redakcji "Koziegorynku", edytora, literaturoznawcy prowadzącego także nader ciekawy blog literacki "Byciopis" http://byciopis.blogspot.com/). Dzięki uprzejmości recenzenta i redakcji przedstawiam poniżej fragmenty recenzji Krystalizacji, częściowo w oryginale:

Okładka "Koziegorynku".
Radzyń Podlaski 2017.
Na okładce wykorzystano
fot. Dariusza Dorosza.


A. Ziontek, Kozirynkowe reminiscencje
na smutny koniec pięknej dekady
.
"Kozirynek. Kwartalnik kulturalny",
Radzyń Podlaski 2017, red. D. Magier, 

A. Świć, P. Zacharewicz, 
M. Bober, A. Ziontek.

Artur Rogalski: Krystalizacja (2015) Tym tomikiem, osiem stron temu, inicjowałem spisanie kilku myśli o dziesięcioletniej przygodzie z "Kozimrynkiem". Nie jest to wyznanie egotyczne. Myśląc o przygodzie z pismem, jako podmiot traktuję ogół autorów, czytelników i ich doświadczenia lekturowe. ta wielość istnień jest zbiorowym bohaterem literackiej dekady "Koziny".
*
 [...] Autor znany głównie jako historyk, archiwista, badacz dziejów Podlasia i epoki napoleońskiej, debiutuje książką poetycką. Wcześniej publikował swe utwory w antologiach i czasopismach literackich. Jest to debiut tyleż późny, co i przetrzymany jak wino, wyklarowany i pełni dojrzały. Okres młodzieńczych "burz i naporów" ma daleko za sobą. Jego poetycka dykcja jest więc ukształtowana, pozbawiona chwilowych uniesień i nadmiernej emocjonalności.  Czasami nawet można odnieść wrażenie, że naukowa profesja autora przekłada się na jego poezję - słowa są wyważone i z pietyzmem dobrane [...]. Tu wszystko jest precyzyjnie skonstruowane jak odmierzający czas zegarek. Zresztą motyw czasu, jego upływu byłby tu znaczący [...]. Śmierć, stwarzająca i ocalająca moc poezji, liryczne echo rozmów z Robertem Koncą i Wojtkiem Szmigoniem - składają się na maleńkie centra, które obudowane słowami tworzą rozległe galaktyki. Te wiersze żyją i piskliwie świdrują w - wydawałoby się - ustalonych ideach. Natarczywie powracają, nie dają o sobie zapomnieć, nakazują prze-myślenie i prze-zwanie tego, co dawno uznało się za oczywiste. Koniec. Reszta w osobnym artykule...  

No i dobrze, starczy na razie pochwał dla naszego kolegi (co wcale nie oznacza, że nie oczekujemy na obiecany artykuł - wręcz przeciwnie!). Co prawda na katedralnym blogu jest zasada, że o wszelakich twórcach mówimy jak o zmarłych (albo dobrze albo wcale), to jednak trzymajmy się też zasady Roberta Juarroza, nakazującej ograniczenie mówienia o poezji na rzecz jej przyswajania. Nie zwalnia to oczywiście ojca budowniczego z należytego, jak najserdeczniejszego podziękowania złożonego Arturowi Ziontkowi za wnikliwość, empatię i tyle ciepłych, entuzjastycznych słów skierowanych w stronę Krystalizacji.
Przy okazji - w "Kozimrynku", od chwili jego założenia publikowali wszyscy współtwórcy bloga (o tym też pisze w swym eseju A. Ziontek). Cała historia "Kwartalnika..." to rzecz na oddzielny wpis (albo i cykl wpisów). W numerze 21 (ponoć ostatnim ale nie traćmy nadziei) o temacie przewodnim "Obcy" znajdziemy nowe utwory Artura Rogalskiego (wiersze: Ważki, Demon powietrza demon ziemi, Karakuri-Ningyō), Roberta Koncy (wiersz: Lusterko wsteczne, opowiadanie: Napisany), Iwony Cymerman (wiersz: Lot bezzałogowy) i Artura Ziontka (wiersze: ***["Chciałbym żebyście"]***["Zawodzący pisk"], opowiadanie: Nieszczęście czyli jak Konopka musiał się zmierzyć z tym, co uznawał jedynie za legendę).
Zachęcam do lektury. 

Czytelnicy do czytania! Twórcy do piór! Budowniczy na budowę! 
Architekci do pionów i kielni!


2022. Nowy początek

Długo nic się tu nie działo. Najwyższy czas to zmienić. Zaczynam od wiersza na Nowy Rok i z nadzieją wracam do działania. Arur Rogalski *** ...