Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konfraternia Kozirynek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konfraternia Kozirynek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 maja 2018

Coś na Ziemi, cz. 2 / Something on the Earth, part 2.

Robert Konca

COŚ NA ZIEMI (cz. 2)


Czy patrzy mi teraz przez ramię, bez emocji analizując te słowa, jakby oglądało ślady pozostawione przez mewy na piasku? A może to coś właśnie wydobywa myśli z wewnętrznego mroku i każe mi składać słowo do słowa, i nie ma nic we mnie, ani gdziekolwiek indziej, co byłoby moje... Nigdy się tego nie dowiem, nic nie będę wiedział na pewno. Żeby nie zwariować, zakładam więc, że tylko obserwuje, nie wpływając na bieg myśli i zdarzeń, zadowolone zarówno wtedy, gdy jest przez nas przeczuwane, jak i wtedy, gdy jesteśmy pewni, że nie istnieje. Może tylko czasem, tak dla zabawy, albo z innych powodów, których z naszej perspektywy nie jesteśmy w stanie ogarnąć, instaluje aktualizacje w programie czasoprzestrzeni i potem wszystko funkcjonuje na innych zasadach, do których się przyzwyczajamy, a nawet nazywamy postępem i nowoczesnością, próbując naukowo wytłumaczyć największe dziwactwa...

*

- Powiedz najpierw o tym, co pamiętasz, a potem o tym, czego się domyślasz – rzekł drugi, odkręcając butelkę rumu.
- Zgodnie z rozkładem ruszyłem ze stacji Ostrava Główna. Po trzech kilometrach, gdy jechałem około 70 km/h, nagle zobaczyłem człowieka leżącego na torach nie więcej niż dwieście metrów przede mną. Wiedziałem, że nie zdążę się zatrzymać, ale rozpocząłem hamowanie i uruchomiłem sygnał dźwiękowy. Jak już byłem blisko, zorientowałem się, że było ich dwóch. Jeden pochylał się nad tym leżącym i już myślałem, że uda mu się usunąć go z toru, ale niestety... - pierwszy przerwał na chwilę i pociągnął potężny łyk rumu – Wiesz, teraz wydaje mi się, że tamten wcale nie zamierzał go ratować, tylko przytrzymywał go jakimś zapaśniczym chwytem na torach. Nic nie mogłem już zrobić. A później już niewiele pamiętam. Wydaje mi się, że zatrzymałem pociąg, i że ktoś wskoczył do lokomotywy. Chyba miał coś ze sobą, jakiś duży plecak; wydawało mi się, że zauważyłem w nim jakiś ruch, ale to nic pewnego. Bolała mnie głowa i wszystko wokół uległo zniekształceniu. Chociaż było wczesne popołudnie, na zewnątrz panował zupełny mrok. Reflektory daremnie próbowały odnaleźć jakiś punkt odniesienia w ciemności. Nie widziałem nawet torów. Później wszystko pojaśniało, ale nie było widać nic konkretnego, tylko białą mgłę. Lokomotywa, a pewnie także wszystkie wagony, nieustannie drżały, jakbyśmy jechali z ogromną prędkością. Po chwili znowu zapadła noc. Ktoś obcy siedział obok mnie; bardziej go czułem, niż widziałem...
- Rozmawiałeś z nim?
- Sam nie wiem. Trudno to nazwać rozmową. Chyba go zapytałem, dokąd jedziemy.
- I co odpowiedział?
- To akurat dobrze pamiętam. Z jakimś dzikim entuzjazmem zawołał: Pakistan, mistrzu!

*

- O świcie okazało się, że kilkunastometrowy fragment góry wraz z instalacją zniknął. Prawdopodobnie runął w kilometrową przepaść na skutek trzęsienia ziemi, chociaż w nocy słyszeliśmy tylko hałas, a nie czuliśmy trzęsienia. Zresztą ustalono, że sejsmografy nie odnotowały żadnych wstrząsów tektonicznych w tym rejonie. Jeden z szerpów, stojąc na skraju przepaści, powiedział: Góra go pożarła. Nikt go już nie odnajdzie...
- I co, nie znaleźliście go? – zapytał drugi, zdumiony usłyszaną historią. Trzeci nie odzywał się.
- Nie. Szukaliśmy niżej, analizowaliśmy obrazy z satelitów i nic, ani śladu. Nie mieliśmy nawet fotografii, zamierzaliśmy wykonać je rano, przed wydobyciem ciała z lodu. 
- A w takim razie istnieje jakiś dowód na istnienie tej instalacji?
- Tak. Na szczęście Japończycy wcześniej zrobili dużo fotek...
- Pod tym względem na nich zawsze można liczyć. Amerykanie go rozpoznali? Wiedzą, kto to był?
- Tak na dziewięćdziesiąt procent. Przydałyby się badania genetyczne. Ci gnoje zostawili parę śladów w bazie, pewnie włosy im się sypały z bród. No, ale materiał porównawczy góra zjadła...

Niekiedy wyobrażam sobie, jak miliardy lat temu coś pędzi przez wszechświat, na rydwanie z cząstek elementarnych, aż wreszcie zatrzymuje się w próżni między galaktykami, zastyga w ostatecznej kontemplacji, mając czas i niezłomną wolę... Skanuje całe lata świetlne w poszukiwaniu właściwego miejsca, aby zasiać ziarno. Nazywa to miejsce Ziemią. Z tej odległości nie widzi jej bezpośrednio. Dostrzega tylko odchylenia światła gwiazd, subtelne wołanie grawitacji. Ale Ziemia się nie ukryje. Choćby nawet znieruchomiała w ciemnościach i wstrzymała aktywność pierwotnego ognia. Coś beznamiętnie nasłuchuje, nie spieszy się z analizą, nie zniechęca się. Już wie, że Ziemia jest jeszcze bezpańska, a jej powierzchnia dopiero się kształtuje w straszliwych konwulsjach narodzin. I coś spada na nią, przechwytując Księżyc. Zaczyna realizację projektu. Już wtedy powstają pasożyty, które dziś zatruwają mózgi terrorystów i groteskowych satrapów – członków Zakonu Złotego Klozetu. Reszta dzieje się sama.

- Ale chyba nie byłeś w Pakistanie? W dwa dni byś nie obrócił tam i z powrotem, nawet gdybyś jechał pendolino, a przecież jechałeś zwykłym. 
- Nie wiem, gdzie byłem, ale na pewno nie między Ostravą a Bohuminem. Mój skład po prostu zniknął na dwa dni. Ruch na trasie odbywał się przez ten czas normalnie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że ja nie wiedziałem, że minęły dwa dni. Na szczęście analogiczny pociąg z Pragi tego dnia, kiedy wróciłem, miał kilkanaście minut opóźnienia i nie doszło do wypadku. To był jedyny dzień w historii kolejnictwa, kiedy dwa takie same pociągi z Pragi wjechały do Bohumina jeden po drugim. Zdumieni pasażerowie nazwali to podwójnym doładowaniem. To jakaś demoniczna sprawa...
- A jak twój skład znalazł się w Bohuminie?
- Po prostu nagle okazało się, że wjeżdżam na stację Bohumin. Współpasażer zniknął. Wszystko było w porządku, jak gdyby nigdy nic. No, prawie wszystko – pierwszy znowu napił się rumu.
- Coś było nie tak? Były jakieś ślady tej wyprawy?
- Tylko jedno ci powiem: na szybach był mróz, a sierpień tego roku był wyjątkowo upalny... 

*

- W sumie mamy więcej niewiadomych, niż konkretów – westchnął drugi oficer. – A po co zabierasz nas teraz do Czech?
- Nasi czescy koledzy w połowie sierpnia znaleźli na torach ludzkie nogi. I już drugi miesiąc usiłują do tych nóg dopasować jakiś korpus, ale bez skutku. – pierwszy uśmiechnął się w zadumie – Zwrócili się do nas o pomoc w tej bolesnej sprawie. 
- I ty myślisz, że...
- Istnieje taka możliwość – wycedził powoli pierwszy – Tym bardziej, że te nogi ubrane były w spodnie typowe raczej dla Środkowej Azji, niż dla Środkowej Europy. Obejrzymy nogi, resztki ubioru, porównamy ze zdjęciami instalacji, może coś się wyjaśni, potwierdzi, albo zaprzeczy. Może to nogi jakiegoś kloszarda, który kupił te dziwne spodnie w sklepie z tanią odzieżą, albo je ukradł czy znalazł. A potem z radości napił się najtańszego destylatu i zasnął z nogami na torach. Ale w takim razie dlaczego nie znaleziono reszty ciała? Taką mamy robotę, że musimy to sprawdzić, bo może jednak... Wiem, że to na pierwszy rzut oka nie ma sensu. No, bo gdzie Ostrava, a gdzie Nanga Parbat? Nie otwieraj tej boroviczki, w Żilinie mamy przesiadkę, to coś wypijemy. Tylko nie pytaj mnie, jak to wszystko się odbyło, jak to w ogóle było możliwe, bo ja nie wiem. Amerykanie pytali mnie o to wiele razy. Oni mają, jak się wyrazili, przeświadczenie graniczące z pewnością, że to była nasza akcja. 
- Ale my przecież nikogo nie wysyłaliśmy – oświadczył drugi.
- Może ktoś sam się wysłał – odezwał się cicho trzeci, chowając do kieszeni odmrożone dłonie – Myślę, że będzie więcej instalacji...

*

- I po tym wszystkim nie wywalili cię z roboty?
- Zrobiło się zamieszanie. Następnego dnia wezwali mnie do Pragi, do samego szefa naszych kolei. Myślałem, gdzie ja teraz znajdę robotę, jak ja tylko pociągiem jeździć umiem. Szef siedział za wielkim biurkiem i bawił się kolejką elektryczną, wiesz: taką starą, jeszcze produkcji NRD. Dwa dni spóźnienia, no niebywałe – powiedział na wstępie, doczepiając nowe wagoniki. Ale bez jednej minuty, szefie – zauważyłem zakłopotany. Tak, bez jednej minuty, i ty myślisz, że to cię tłumaczy – rzekł, powoli wymawiając sylaby i wprawiając w ruch kolejkę. Opowiedziałem mu zatem mniej więcej to samo, co dzisiaj tobie. Uśmiał się serdecznie, a potem uśmiech powoli zamienił się w groźny grymas. Już miał mi wygarnąć, ale wtedy zadzwoniła jego komórka, a dzwoniła jakoś tak stanowczo, jakby strasznie chciała, żeby ją ktoś odebrał. No i szef odebrał i natychmiast stanął na baczność. Ktoś długo mówił do niego, a on tylko odpowiadał: Tak, oczywiście, panie generale, rozumiem, Peter, dobrze znałem, byliśmy kiedyś razem na Gerlachu, tak jest, płatny urlop, oczywiście premia, tak, pochopim... Rozmowa się skończyła, a szef długo na mnie patrzył w milczeniu. Zauważyłem, że po biurku jeździ już więcej pociągów, rozmnażały się wraz ze stacjami kolejowymi i nowymi liniami. Pomyślałem, że ta makieta obejmuje cały kraj, odzwierciedla wszystkie kursy, nad którymi, nie ruszając się zza biurka, czuwa szef. Wreszcie przemówił: Piękna akcja, panie maszynisto! Co powiecie na płatny urlop, tak ze dwa miesiące? Wiem, wiem, nie musicie odpowiadać, oczywiście, że się wam należy. Musicie odpocząć, a po powrocie damy was na pendolino! Ale w przyszłości konsultujcie ze mną takie akcje. Ja rozumiem: misja specjalna, paradoksy czasoprzestrzeni, ale Jaromir Nohavica już dawno śpiewał, że Ostrava to jest region specyficzny. Rozumiem wyższe racje, niezbędną czasami brawurę, ale pamiętajcie, że na kolei musi przede wszystkim panować porządek, bo nam pociągi powylatują z szyn – szef bacznie obserwował pędzące po biurku kolorowe wagoniki, a następnie wstał, obtarł pot z czoła, wyjął z szafy pancernej gruby zwitek banknotów i wręczając mi go powiedział: To za ten Pakistan dola...

*

Gdy pociąg zbliżał się do Liptovskiego Mikulasza, coś było już nasycone, więc wymknęło się przez ścianę wagonu i ruszyło na południe. Kilka kilometrów dalej, na skraju miasteczka Závažna Poruba, coś zatrzymało się i patrzyło, jak na łące niedaleko źródła mężczyzna przytula i całuje kobietę; po chwili przybiegła mała dziewczynka i z radością przypadła do swoich rodziców. I tak trwali. Coś nie potrafiło temu przeszkodzić, chociaż próbowało narzucić powrót do pierwotnego planu, manipulując kwantami, ziejąc wokół opiłkami lęku. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi. Na ławce przy źródle dwaj poeci z Polski popijali piwo i z aprobatą patrzyli na tę idylliczną scenę na łące. Coś posłało w ich kierunku lucyferyczną pokusę, wobec której artystyczne umysły są zwykle bezbronne. Jeżeli tym razem zadziałała, to jednak niezgodnie z wolą czegoś, bowiem oni wrócili do tłumaczenia wiersza Milana Rúfusa. Coś usłyszało fragment:

Światełko wieczne w nas,
niesie je w ręku dziecko.

Nie zdmuchnie mu go czas.
Kruche ujdzie zwycięsko.

Coś już wiedziało, że obok jego programu jest tu obecny jeszcze inny. To była siła, której moc brała się ze słabości. O nic i z niczym nie walczyła, nie narzucała się światu. Patrzyła z czułością na ludzi, na wszystkie błędy i potworności, które popełniali; może nawet płakała i obejmowała ich eterycznymi, matczynymi dłońmi, kiedy nieudolnie, ale heroicznie, usiłowali zachować odrobinę godności, mali i prawie bezradni wobec bezlitosnego planu.


Fot. R. Konca, 2018.

środa, 2 maja 2018

Coś na Ziemi, cz. 1 / Something on the Earth, part 1.


Pierwsza część opowiadania Roberta Coś na Ziemi. Pierwodruk ukazał się w XVII/XVIII zeszycie "Kwartalnika Kulturalnego Kozirynek". Trochę grozy, trochę groteski, sporo realizmu (magicznego)...




Robert Konca 


COŚ NA ZIEMI 


Na stacji Poprad-Tatry coś przeniknęło przez ścianę wagonu Ekspresu Kometa relacji Koszyce-Bratysława, zajęło odrobinę przestrzeni w przedziale i zaczęło słuchać. Co pewien czas przenosiło się do innych przedziałów, potem znowu wracało do pierwszego i drugiego, jakby z usłyszanych historii chciało ułożyć jakąś całość albo skomponować symfonię. 
Dwóch czeskich kolejarzy siedziało w udostępnionym im przez słowackich kolegów przedziale służbowym. Popijali rum i kofolę, pozornie wyluzowani, na zasłużonym urlopie, ale podczas rozmowy często wykonywali te same neurotyczne gesty spoglądając na zegarki, aby sprawdzić, czy pociąg nie łapie opóźnienia. 
- Wygląda na to, że do Strby dojedziemy punktualnie – powiedział pierwszy. 
- Zobaczymy, jak będzie w Mikulaszu. My, kolejarze, wiemy, że podróż pociągiem to ciągła walka z oporem przestrzeni i ściganie się z czasem – odparł drugi, podnosząc znowu mankiet marynarki, aby spojrzeć na zegarek. Podetknął pierwszemu cyferblat do twarzy – Patrz, jak ten sekundnik zasuwa... 
Następny przedział był zamknięty od wewnątrz i stanowił w istocie klatkę Faradaya. W Popradzie wsiadło do niego trzech oficerów słowackiego wywiadu. Jeden z nich, ze śladami odmrożeń na opalonej twarzy, patrzył przez okno na ośnieżone szczyty Tatr. Po dłuższej chwili, jakby wynurzając się na powierzchnię oceanu, wziął głęboki oddech i zaczął rozmowę:  
- Wiecie, że wróciłem z Pakistanu? 
- Pewnie, że wiemy. Taką mamy robotę – zaśmiał się drugi. Trzeci nie odzywał się – Urlop się udał ? 
- Można powiedzieć, że połowicznie, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Widziałem tam dziwne rzeczy, na przykład nieco ekscentryczną lodową instalację na wysokości ponad 6000 metrów nad poziomem morza, w masywie Nanga Parbat... 

*

Do kolejnego przedziału, w którym siedziały cztery osoby, coś skierowało subtelny impuls, mgliste przeczucie swojego istnienia, jakby chciało się przedstawić pasażerom i sprawdzić ich reakcję. Troje z nich doznało kłującego bólu płatów czołowych i nagłego ataku lęku; najstarszy drżącą ręką wyciągnął z kieszeni różaniec. Czwarty zaczął nasłuchiwać i dyskretnie rozglądać się po przedziale. Zahartowany w poszukiwaniach niewidzialnej obecności zignorował wybuch paniki, wyciągnął z plecaka notatnik i zaczął pisać. Podjął grę: 
I znowu czuję, że coś patrzy, tak na zimno, bez emocji, jak gracz, który z góry zna wynik tej gry. Nie wiem, czy jest naszym sprzymierzeńcem, czy przeciwnikiem; prawdopodobnie nie należy tego rozpatrywać w takich kategoriach... 

- Czasem myślę, że to prawdziwy cud – pierwszy kolejarz z niedowierzaniem pokiwał głową. 
- Co, ten sekundnik ? – spytał ze zdziwieniem drugi. 
- Nie. To, że pociągi w ogóle dojeżdżają do stacji przeznaczenia. Dla mnie jako maszynisty z dwudziestoletnim stażem to jest nadal niewiarygodne, chociaż wykonałem tysiące kursów. I zawsze dojeżdżałem... 
- Jak większości ludzi w naszym fachu, nie daje ci spokoju paradoks Zenona. Też tak mam. Ruch z punktu A do punktu B wydaje się niemożliwy. Za dużo jest punktów między tymi punktami, za dużo stacji między stacjami, nawet jeżeli jedziemy Inter-City... - drugi w zamyśleniu wypił łyk rumu... 

*

- Instalację? A co lodowa instalacja może mieć wspólnego z zabójstwem Petera Sperki i pozostałych himalaistów w bazie pod Nanga Parbat? Bo przecież w tej sprawie tam byłeś? – zapytał oficer numer dwa. 
- Amerykanie też chcieli to wiedzieć, dlatego mnie poprosili na konsultacje – odparł numer jeden. Trzeci nie odzywał się – Wiecie, że znałem Petera od lat, jeszcze z Horskiej Służby. Zresztą to doświadczenie wspinaczkowe przydało mi się w Pakistanie, ale przyznam, że spodziewałem się innych widoków na sześciu tysiącach metrów. O instalacji powiadomili w sierpniu Amerykanów wracający z nieudanego ataku szczytowego członkowie japońskiej ekspedycji Nanga Parbat 2013. Co ciekawe, idąc do góry nie widzieli jej. Dopiero następnego dnia, gdy schodzili z powodu objawów obrzęku płuc jednego z nich, dostrzegli to dziwne dzieło nie wiadomo czyich rąk, o ile w ogóle stworzyły je ludzkie dłonie. Potem stwierdzili, że przekraczało to nawet ich samurajską wyobraźnię... 

Peter Šperka

Ta siła, poza dobrem i złem, być może inspirująca poetów i szaleńców, a może tylko stanowiąca wygodne usprawiedliwienie. Czy też nadzorca, krupier ruletki puszczonej w ruch miliardy lat temu, kiedy to zostały wyznaczone tendencje i określone warunki brzegowe? Widzący, ale niewidzialny; przenikający wszystko, ale sam nieprzenikniony. Upiorny obserwator, który podjął się zadania zarchiwizowania skutków tego, co rozpoczęto, kiedy Ziemia nie miała jeszcze duszy... 

- Coś podobnego zdarzyło mi się niedawno na trasie Ostrava – Bohumin, o ile w ogóle to wydarzenie było do czegoś podobne. Prowadziłem ekspres z Pragi. Do Ostravy wszystko było w najlepszym porządku, ani sekundy spóźnienia. Daj tego rumu – powiedział do drugiego, a głos wibrował mu od z trudem skrywanych emocji. Wypił i w milczeniu zapatrzył się w krajobraz migający za oknem. 
- I co dalej? Do Bohumina wjechałeś z opóźnieniem... – bardziej stwierdził, niż zapytał drugi maszynista. 
- Właściwie to nawet minutę przed czasem... - pierwszy obtarł krople potu ze skroni. 
- No to w czym problem? 
- Minutę przed czasem, tylko że dwa dni później... 
- Jak to ci się udało? – zakrzyknął drugi i pokiwał głową z niedowierzaniem i podziwem. – No, ale w pewnym sensie to kawał drogi. Z Ostravy do Bohumina jest prawie 8 kilometrów... 

*

- Jak wiadomo, do przeprowadzenia masakry w bazie pod Nanga Parbat przyznała się organizacja Jundullach. Peter Sperka najprawdopodobniej został zastrzelony jako pierwszy. Cierpiał na obrzęk płuc i nie miał siły wyjść z namiotu. Dostał, gdy tyko wychylił głowę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Resztę chłopaków spędzili na środek bazy i rozwalili z kałachów. Otóż na wysokości ponad 6000 metrów znaleziono prawdopodobnie jednego z tych bandziorów. Jego korpus, bez nóg, wbity był jakąś nieludzką siłą na głębokość pół metra w płytę gładkiego i czystego lodu. Twarz, mimo skrywającej jej czarnej brody, wyrażała skrajne przerażenie; ono wżarło się w jej rysy i stało się jej integralną częścią na zawsze. Oczy były szeroko otwarte, a ich zamknięcie uniemożliwiały takie małe, srebrne nożyczki używane podczas operacji okulistycznych. Jeden z japońskich himalaistów, który był także medykiem sądowym, twierdził nawet, że nie można wykluczyć, że eksponat umieszczony w tej lodowej gablocie mógł jeszcze przez pewien czas żyć. Rany po równo jak gilotyną uciętych nogach były według niego profesjonalnie zabezpieczone przed dalszym krwawieniem, przed czym dodatkowo chroniła zresztą również ekstremalnie niska temperatura. Zanim zamarzł, mógł jeszcze żyć kilkanaście sekund, może dłużej, patrzeć przed siebie przez lodowe zwierciadło i myśleć. To przerażenie skuwające jego twarz może sugerować, że zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji... 
- To pewnie były najdłuższe sekundy w jego życiu. Jakoś mi tego gnoja nie żal – mruknął drugi. Trzeci nie odzywał się – Swoją drogą chciałbym poznać tego, kto go tak załatwił. Jeszcze jakieś szczegóły? 
- Tak. Na czole miał wypalone litery: PS. 

Coś czające się w ciemnej materii między gwiazdami. Pozbawione osobowości, więc to nie to było autorem Słowa. Czyste działanie, ruch dla ruchu. Zimna, pierwotna przyczyna, która następnie upaja się skutkami, a może potrzebuje ich, jak istoty żywe potrzebują pokarmu, wody i słońca. Nie umysł, a raczej rodzaj maszyny, której obudowę stanowią tańczące neutrina. Czy ingeruje w naszą rzeczywistość, tworząc ogniska pozornego chaosu, który w istocie jest etapem na drodze do przywrócenia jakiejś potwornej równowagi? 

- To opowiadaj o tej wielkiej wyprawie z Ostravy do Bohumina. Musiałeś mieć jakąś poważną awarię i długi postój, skoro zajęło ci to aż dwa dni. 
- No właśnie nie pamiętam żadnego postoju. Wydaje mi się, że cały czas jechałem w miarę normalnie. 
- Człowieku! W dwa dni można objechać Czechy i Słowację dookoła. Przyjmując nawet, że z jakichś powodów nie mogłeś rozpędzić pociągu do prędkości większej niż 1 km/h, to w Bohuminie powinieneś się zjawić najwyżej po ośmiu godzinach. 
- I to nie daje mi spokoju. Mam wrażenie, że wtedy stało się coś dziwnego, ale nie mogę sobie tego w pełni uświadomić. To wszystko siedzi skulone gdzieś we mnie, na peryferiach umysłu. Czuję ten ciężar, a czasami coś z tego przedostaje się na powierzchnię i wtedy trochę sobie przypominam z tej podróży; krótkie migawki, jakieś głosy, fragmenty krajobrazu... 

*

- PS? Wiadomo, co nieznany artysta chciał przez to przekazać? – zapytał drugi. 
- Amerykanie przypuszczają, że chodzi o inicjały jednej z ofiar zamachu w bazie pod Nanga Parbat. Wiecie, kogo mają na myśli... - pierwszy zawiesił głos. 
- Peter Sperka? – drugi szepnął z niedowierzaniem. 
- No raczej nie chodzi o PS w znaczeniu: postscriptum. Amerykanie podejrzewają, że to nasza robota. Nieoficjalnie nawet mi gratulowali i za wszelką cenę chcieli wiedzieć, jak robi się takie instalacje. 
- A w ogóle są jakieś dowody na to, że ten talib brał udział w zamachu? Amerykanie zbadali ciało, ustalili jego tożsamość, DNA ? Jakie były wyniki sekcji zwłok ? 
- Nie było sekcji – odrzekł pierwszy po chwili wahania – Chcieliśmy oczywiście znieść go na dół i zbadać, mieliśmy nawet sprzęt do rozcinania lodu. Dotarliśmy tam jednak późnym popołudniem, skrajnie wyczerpani, więc postanowiliśmy, że wydobyciem ciała zajmiemy się rano, zwłaszcza, że prognozy pogody na najbliższe dni były pomyślne. Patrzyłem z namiotu, jak promienie zachodzącego słońca podświetlają rubinowym światłem lodową instalację; światło załamywało się na lodowych ścianach i przez moment doznałem wrażenia, że twarz trupa nagle ożyła, jego oczy zezowały w moją stronę, zaś wargi usiłowały szeptać jakieś słowa... Ale to musiało być przywidzenie, byłem przecież prawie sto metrów od instalacji. A w środku nocy z płytkiej, pełnej koszmarów i bólu głowy drzemki, wyrwał mnie jakiś huk. Natychmiast wyswobodziłem się ze śpiwora, spodziewając się lawiny, jednak namiot stał nienaruszony. Wszyscy klnąc wygramolili się, by sprawdzić, co się dzieje, ale już wszystko ucichło. Gwiazdy patrzyły na nas jak na gromadę wariatów, z bliska, przez rozrzedzone powietrze. Spojrzeliśmy w stronę instalacji. Biel lodu powinna połyskiwać w ciemnościach, ale widzieliśmy tylko czarną czeluść. Nie było tam niczego. Mieliśmy dość rozsądku, żeby wrócić do namiotów i zaczekać do świtu... 



cdn.

niedziela, 14 stycznia 2018

Baśnie peryferyjne, cz. 2 / Peripheral tales, part 2


Robert Konca


BAŚNIE PERYFERYJNE, cz. 2


Wakacje, a często i ferie zimowe, spędzałem natomiast u rodziny na zachodnich peryferiach, a właściwie już poza granicami Miasta. Wujek na początku Ery Generałów był na etapie budowy traktorów. Niektóre z nich miały lepsze osiągi niż produkowane seryjnie Ursusy, choć wtedy te serie były jakieś krótkie i były one, te Ursusy, praktycznie nie do kupienia. 


Fot. Michał Oleksiej


Poza tym często brakowało też paliwa, a traktory Wujka jeździły na wszelkie płyny trochę gęstsze od wody. Parafrazując znane powiedzenie z jeszcze wcześniejszych czasów: „Gdybyśmy mieli blachę, robilibyśmy traktory. Ale nie mamy paliwa”. Tymczasem Wujek rano wyprowadzał spawarkę z garażu, a wieczorem już testował nowy ciągnik na długiej prostej wzdłuż kurnika. Wkrótce cała okolica jeździła na tych traktorach. Każdy z nich oczywiście był niepowtarzalny, a jednocześnie z daleka było widać, że wyszły spod tej samej żylastej ręki. Po nasyceniu lokalnego rynku sprzętem rolniczym przyszła pora na następne wyzwania, mające tym razem na celu opanowanie przestrzeni powietrznej. 
Po przejrzeniu pokaźnej sterty kolejnych numerów Młodego Technika, Wujek zamknął się na dwa dni w garażu, którego okna rozbłyskały światłami spawarki. Po dwóch dniach, gdy wyszedłem rankiem z domu, przed garażem zobaczyłem sporej wielkości urządzenie z potężnym wirnikiem od wentylatora, który wcześniej wisiał zapewne w kurniku. Wujek, którego początkowo nie poznałem, bo cały był ubrudzony czarnym smarem, powiedział, że to na razie prototyp, i że będziemy tym helikopterem latać najdalej do sadu, i że dobrze się składa, bo czereśnie wyjątkowo obrodziły, a najładniejsze rosną na samych czubkach. No i polecieliśmy z wiaderkami na czereśnie. Po kilkunastu metrach coś odpadło z maszyny i wpadliśmy w małe turbulencje, ale Wujek uspokoił mnie, że to się później dospawa. Tak więc zbiory czereśni poszły piorunem, a w międzyczasie Wujek kupował w Mieście każdy numer Młodego Technika i sporządzał skomplikowane rysunki helikoptera – jak się wyraził – drugiej generacji. We wrześniu musiałem wrócić do szkoły, do Miasta. Kiedy znowu przyjechałem na ferie zimowe, helikopter był już prawie gotowy. Niestety, z powodu obfitych opadów śniegu trzeba było odłożyć ten projekt na później, bowiem pilną potrzebą stała się budowa skutera śnieżnego. Powstał on bardzo szybko, na bazie prototypu helikoptera, który został pozbawiony wirnika, zaś wyposażony w stalowe płozy i silnik od któregoś z większych ciągników. Bez problemów wyciągał sześćdziesiątkę, albo i lepiej. 
Na pierwszą wycieczkę wyruszyliśmy do oddalonego o kilka kilometrów na północ jedynego w całej okolicy przydrożnego baru, w którym zawsze można było dostać piwo. Z fasonem zaparkowaliśmy skuter w zaspie pod schodami baru, w którego oknach zauważyłem zaciekawione twarze podchmielonych klientów. Pewnie już dużo wcześniej słyszeli hałas naszej pędzącej maszyny, bo po drodze zgubiliśmy gdzieś w śniegu tłumik, ale to się przecież potem dospawa. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że już latem przeżyją w tym samym miejscu większe zdumienie... 


Fot. Michał Oleksiej

cdn.

piątek, 29 grudnia 2017

Rzeki Epizodyczne cz. 1 / Episodic Rivers, part 1

Jako że w progi katedralnego bloga (blogoprogi?) zawitało sporo gości na co dzień przebywających w kręgu języka angielskiego, dziś będzie kilka tłumaczeń anglojęzycznych. Tak się szczęśliwie złożyło, że niektóre wiersze współtwórców bloga były tłumaczone na ten język 8 lat temu w zbiorze Rzeki Epizodyczne
Rzeki epizodyczne zostały wydane przez Radzyńskie Stowarzyszenie Inicjatyw Lokalnych (wraz z Konfraternią Kozirynek) w Radzyniu Podlaskim w 2009 r. Poezje przełożyła na język angielski Iwona Cymerman.  Łącznie w tomiku znalazło się pięcioro poetów, których wiersze zostały pogrupowane w odrębnych częściach. Każda z części otrzymała "rzeczny" podtytuł. W zbiorze "Źródło" znalazły się utwory Marii Kryńskiej-Szostak, w "Meandrach" - Wojciecha Szmigonia, w "Rozlewiskach" - Magdaleny Raczko, w "Brzegach" - Artura Rogalskiego, w "Nurcie" - Roberta Koncy. Książkę do drugu przygotował Przemysław Tytus Krupski. Autorem niemal wszystkich ilustracji zdobiących "Rzeki" była malarka Magdalena Raczko, łącząca talent i wrażliwość literacką z profesjonalnymi umiejętnościami malarskimi.   
Dziś wybrane utwory trojga autorów. Już niedługo, w 2018 r. kolejne i kolejni.   


Rzeki epizodyczne, okładka.
 Wykorzystano obraz "Liwiec"
(olej na płótnie), autorstwa
Magdaleny Raczko z 2008 r.  

Rzeki epizodyczne, okładka.
 Wykorzystano rysunek "Samotne drzewo"
(rysunek węglem), autorstwa
Magdaleny Raczko z 2006 r.  


Robert Konca


RZEKI EPIZODYCZNE


Nie pamiętamy początku
Kresu sobie nie wyobrażamy

Chcielibyśmy tylko
Jakiejś kontynuacji –
Nicość dla naszych zmysłów
Jest nie do przyjęcia

Czy jesteśmy jedynie
Przypadkowymi adresatami
Impulsów elektrycznych
Zwanych bólem ekstazą
Nienawiścią miłością
Wszystkim i niczym
I tak wytrwale składamy
Słowo do słowa
W powieści życia nie czytanej przez nikogo

Czy zostaje po nas tylko
Znak zapytania w gasnących źrenicach
W które już nikt nie spojrzy

Przecież istnieją takie rzeki
Których nurty wyrzucane spod ziemi
Cierpliwą mocą źródła
Nie karmią żadnego morza
Lecz nagle wracają do wnętrza ziemi

My – rzeki epizodyczne
Nie zapominajmy
O źródle


EPISODIC RIVERS


We do not remember the beginning
The end we cannot imagine

We would only like
Some kind of continuity –
Nothingness for our senses
Is unacceptable

Are we merely
Accidental addressees
Of electrical impulses
Called pain ecstasy
Hatred love
Everything and nothing
And so persistently we match
A word to a word
In a story of life read by no one

Does there remain after us
But a question mark in fading pupils
Into which no one will look anymore

Yet such rivers do exist
Whose currents are pushed out from under the earth
By the patient power of the source
They do not feed any sea
But suddenly they return to the earth’s core

Let us – episodic rivers
Not forget
The source


"Miłość" z cyklu "Przestrzenie błękitu", (olej na płótnie)
autorstwa Magdaleny Raczko  z 2003 r. 



Maria Kryńska-Szostak
Ludziom przydałby się czasem dzień wolny od życia.
św. Augustyn
ŁĄKA


Leżę więc Augustynie rozpostarta – pozioma,
Zapach łąki pulsuje w nozdrzach jak pieśń.
Tutaj się narodziłam – to organiczna bliskość
Z trawą, wzrostem, rozpadem, łańcuchem przemiany.

Niebo przygląda mi się leniwie – to pozór.
Pomyśl, że za tą chmurą energia kosmosu
Porusza wielkim młyńskim kołem: na zatracenie,
Na śmierć. Zobacz, jak wyłania się nagle

I pochłania nas olbrzymia paszcza powietrza.
A z  zakamarków mózgu napływa lęk
Z mieczem buntu osadzonym w dłoni.
Jak mam tu odpocząć, św. Augustynie?


THE MEADOW
 Sometimes it would behoove a man to have a day free from life.
(Saint Augustine)

So I am lying, Augustine, spread – horizontal,
The smell of the meadow is pulsating in the nostrils like a song.
Here I was born – it is an organic closeness
To the grass, the growth, the decay, the chain of change

The sky is watching me idly – it is a pretense
Think, behind that cloud the energy of the cosmos
Is moving a great millwheel: to waste,
To death. Look how all of a sudden are emerging

And devouring us enormous jaws of air.
And from the recesses of the brain a fright is flooding in
With the sword of rebellion set in the hand.
How can I rest here, Saint Augustine?


"Mroczna materia", fot. Robert Konca,
Rzeki epizodyczne, s. 76


Artur Rogalski


MIASTO


co dalej robić z życiem
które już uciekło
zaszyło się
w zakamarkach podwórek
schowało pod schodami
starej kamienicy
przycupnęło za drzewem ogrodu
czasami jeszcze je widać
kiedy przemyka między
żywopłotem
prześlizguje przez dziury w murze
aby dotrzeć do miejsca
gdzie na granicy miasta
uliczki opadają schodami
ku brzegom rzeki


THE TOWN


whatever  more can be done
with a run away life
holed up
in the corners of the backyard
hidden under the stairs
of an old tenement
crouched behind a garden tree
still able to be seen sometimes
stealing among the hedges
sliding through the holes in the wall
in order to reach the place
where on the city outskirts
the streets descend the stairs
to the river banks


2022. Nowy początek

Długo nic się tu nie działo. Najwyższy czas to zmienić. Zaczynam od wiersza na Nowy Rok i z nadzieją wracam do działania. Arur Rogalski *** ...