niedziela, 21 stycznia 2018

Oto widzę ojca swego... / Behold, I see my father...

Skąd przychodzimy - stąd przyszli nasi przodkowie. Babcie, dziadkowie, prababcie i pradziadkowie i dalej, dalej i dalej... Zanim przeszli swój krąg na kole czasu, mieli piękne/sprawne ciała, pragnienia i pomysły na świat. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza dziś. Byli kim jesteśmy dziś, będziemy kim są teraz. Melchior Wańkowicz ponoć mówił, że nie poda ręki nikomu kto nie zna nazwiska prababki z domu (czyli panieńskiego). Nie bądźmy tak radykalni, wystarczy że postaramy się dobrze zrozumieć żyjących lub nieżyjących przodków - naszych i wszystkich innych. I uważać na pochopne osądy ich i ich nieistniejącej już rzeczywistości...



*

Wiersz współtwórcy bloga zawiera jego - nieco hipotetyczny jeszcze - wywód genealogiczny. Impulsem do frazy zawierającej "pomniki na dworcach kolejowych" miała być statua mitycznego irlandzkiego herosa Cú Chulainna, znajdująca się co prawda nie na dworcu - ale w budynku dublińskiej Poczty Głównej. "Genealogia" pochodzi z tomiku "Krystalizacja".

*

Artur Rogalski


Genealogia


witaj

witajcie

witajcie z przed i zza horyzontu
witajcie ze wschodu i zachodu
witajcie z bliska
witajcie z oddali

z mroków północy
rzucani w otchłań Wallhalli
poznaliście nieodparte argumenty żelaza
z wściekłością i bez zgody
nieracjonalni na szczęście

i wy co bez względu na przeszkody
dywanem stepu pędzący
w zachody słońca

zakłóciliście
dogmaty przestrzeni
odwieczne przykazania odległości
mrok liści i blask ziemi
połączyły się
a szarość to kolor nicości
nie znikliście na szczęście
nie pochłonęła was pauza
rozpadlina pomiędzy barwami
wędrujecie
w interwale
pomiędzy zmierzchem a nocą
kiedy wszechświat ociera się o szyby
i nie ma już progów
pomiędzy „teraz” a „zawsze”

wtedy przybywacie

odeszliście bez asysty bogów
i orszaku bohaterów
łączą nas tylko myśli niewypowiedziane

że tym z baśni i sag
wystarczą pomniki na dworcach kolejowych
a nasz podziw
nad etiudą łąk
graną dźwiękami wieczoru
bezkresny




I tłumaczenie Iwony Cymerman / Translated by Iwona Cymerman:


GENEALOGY


Hello

Welcome

welcome from before and from behind the horizon
welcome from east and west
welcome from near
and welcome from far away

from the gloom of the north
thrown into the Valhalla's abyss
you've learned the irresistible arguments of iron
with rage and without permission
fortunately irrational

and you who regardless of the obstacles
speeding on the carpet of the steppe
toward sunsets

you disrupted
the dogmas of space
the eternal commandments of distance
the darkness of leaves and the glow of the earth
joined together
yet gray is the color of nothingness

you have not disappeared, luckily
have not been engulfed by a pause
by a rift between colors

you still wander
in the interval
between dusk and night
when the universe rubs against the window panes
and there are no thresholds anymore
between "now" and "always"

you arrive at that time

you left without the help of the gods
and the retinue of heroes
and we are connected only by the unspoken thoughts

that for those from fairy tales and sagas
monuments at railway stations are enough
and that our admiration
for the etude of meadows
played by the sounds of the evening
is boundless


sobota, 20 stycznia 2018

Słowa i płatki śniegu / Words and the snowflakes

Zima za oknem. Zatem dziś w cyklu wierszy styczniowych będzie Nieprzeczytane - o słowach i płatkach śniegu. Są bardziej podobne do siebie niż się to wydaje. A przy okazji małe przypomnienie dziesiątego albumu Kate Bush pod tytułem 50 Words for Snow (2011 r.)Z siedmiu piosenek na tę porę roku wybieram otwierające płytę Płatki śniegu (Snowflakes). I słowa o śnieżynkach, które opadają, gubią się i odnajdują... Jak słowa. Jak ludzie.

*

Artur Rogalski


nieprzeczytane


wiersze najlepiej
zabijać zimą

wiosną i latem
trochę słońca
trochę ciała dziewczyny z naprzeciwka
trochę kolorów
twórcza niemoc
słowa wirują
w powietrzu bez lęku
dzięki kształtom i ochronnym barwom
niewidoczne w plątaninie róż i jaśminu

zima
sprzyja ostatecznym rozwiązaniom
ślady zwrotek na śniegu
są tak dobrze widoczne

zimą
literom trudno
obronić się przed pułapkami
aby żyć potrzebują światła
mrok odbiera im siły

w końcu ostrożnie wchodzą na kartkę
zwabione z przestrzeni
obietnicami aplauzu
długowieczności pomiędzy wygodnymi okładkami
wydaje się że to już tak blisko

szeregi
zastygają w oczekiwaniu 
na spełnienie

lecz po chwili
bezgłośny wrzask
zdań
kiedy dobrotliwy autor
bóg ojciec opiekun
zgniata kolejny transport metafor
w dłoni
i kieruje kroki w stronę
krematorium z białych kafelków

Piec, fot. Budowniczy Katedry 2018

zimą
ptaki wydziobują
resztki słów

ze śniegu

przekład Iwony Cymerman/translated by Iwona Cymerman:


THE  UNREADED


it's best to kill poems
in winter

in spring and summer there is
a bit of sun
a bit of body of the girl across the street
some colors
some creative impotence

spinning words
so fearless in the air
by virtue of the shapes and the protective colors
out of sight in a tangle of roses and jasmine

winter
favors the final solutions
traces of the stanzas on the snow
are visible indeed

in winter
it is difficult for the letters
to defend against traps
they need light to live
darkness deprives them of strength

in the end they carefully enter the paper
lured out of space
by the promises of applause
and longevity between comfortable covers
it seems so close

ranks
freeze in anticipation
of fulfillment

but after a moment
sentences scream soundlessly
when a kindly author
god father guardian
crushes another transport of metaphors
in his hand
and directs his steps towards
a crematorium of white tiles

in winter
the birds peck away
the remnants of words

from the snow

*

Kate Bush
za: https://pl.pinterest.com/simonavery001/kate-bush/


Kate Bush


SNOWFLAKES


I was born in a cloud...
Now I am falling.
I want you to catch me.
Look up and you'll see me.
You know you can hear me.
The world is so loud. Keep falling. I'll find you.
We're over a forest.
There's millions of snowflakes.
We're dancing.
The world is so loud. Keep falling and I'll find you.
I am ice and dust. I am sky.
I can see horses wading through snowdrifts.
My broken hearts, my fabulous dances.
My fleeting song, fleeting.
The world is so loud. Keep falling. I'll find you.
My broken hearts, my fabulous dance.
My fleeting song.
My twist and shout.
I am ice and dust and light. I am sky and here.
I can hear people.
I think you are near me now.
The world is so loud. Keep falling. I'll find you.
We're over a forest.
It's midnight at Christmas.
The world is so loud. Keep falling. I'll find you.
I think I can see you.
There's your long, white neck.
The world is so loud. Keep falling. I'll find you.
Now I am falling.
Look up and you'll see me.
The world is so loud. Keep falling. I'll find you.
In a moment or two.
I'll be with you.
The world is so loud. Keep falling. I'll find you.
Be ready to catch me.1.gif
The world is so loud. Keep falling. I'll find you.

Styczeń, fot. Budowniczy Katedry 2018

niedziela, 14 stycznia 2018

Baśnie peryferyjne, cz. 2 / Peripheral tales, part 2


Robert Konca


BAŚNIE PERYFERYJNE, cz. 2


Wakacje, a często i ferie zimowe, spędzałem natomiast u rodziny na zachodnich peryferiach, a właściwie już poza granicami Miasta. Wujek na początku Ery Generałów był na etapie budowy traktorów. Niektóre z nich miały lepsze osiągi niż produkowane seryjnie Ursusy, choć wtedy te serie były jakieś krótkie i były one, te Ursusy, praktycznie nie do kupienia. 


Fot. Michał Oleksiej


Poza tym często brakowało też paliwa, a traktory Wujka jeździły na wszelkie płyny trochę gęstsze od wody. Parafrazując znane powiedzenie z jeszcze wcześniejszych czasów: „Gdybyśmy mieli blachę, robilibyśmy traktory. Ale nie mamy paliwa”. Tymczasem Wujek rano wyprowadzał spawarkę z garażu, a wieczorem już testował nowy ciągnik na długiej prostej wzdłuż kurnika. Wkrótce cała okolica jeździła na tych traktorach. Każdy z nich oczywiście był niepowtarzalny, a jednocześnie z daleka było widać, że wyszły spod tej samej żylastej ręki. Po nasyceniu lokalnego rynku sprzętem rolniczym przyszła pora na następne wyzwania, mające tym razem na celu opanowanie przestrzeni powietrznej. 
Po przejrzeniu pokaźnej sterty kolejnych numerów Młodego Technika, Wujek zamknął się na dwa dni w garażu, którego okna rozbłyskały światłami spawarki. Po dwóch dniach, gdy wyszedłem rankiem z domu, przed garażem zobaczyłem sporej wielkości urządzenie z potężnym wirnikiem od wentylatora, który wcześniej wisiał zapewne w kurniku. Wujek, którego początkowo nie poznałem, bo cały był ubrudzony czarnym smarem, powiedział, że to na razie prototyp, i że będziemy tym helikopterem latać najdalej do sadu, i że dobrze się składa, bo czereśnie wyjątkowo obrodziły, a najładniejsze rosną na samych czubkach. No i polecieliśmy z wiaderkami na czereśnie. Po kilkunastu metrach coś odpadło z maszyny i wpadliśmy w małe turbulencje, ale Wujek uspokoił mnie, że to się później dospawa. Tak więc zbiory czereśni poszły piorunem, a w międzyczasie Wujek kupował w Mieście każdy numer Młodego Technika i sporządzał skomplikowane rysunki helikoptera – jak się wyraził – drugiej generacji. We wrześniu musiałem wrócić do szkoły, do Miasta. Kiedy znowu przyjechałem na ferie zimowe, helikopter był już prawie gotowy. Niestety, z powodu obfitych opadów śniegu trzeba było odłożyć ten projekt na później, bowiem pilną potrzebą stała się budowa skutera śnieżnego. Powstał on bardzo szybko, na bazie prototypu helikoptera, który został pozbawiony wirnika, zaś wyposażony w stalowe płozy i silnik od któregoś z większych ciągników. Bez problemów wyciągał sześćdziesiątkę, albo i lepiej. 
Na pierwszą wycieczkę wyruszyliśmy do oddalonego o kilka kilometrów na północ jedynego w całej okolicy przydrożnego baru, w którym zawsze można było dostać piwo. Z fasonem zaparkowaliśmy skuter w zaspie pod schodami baru, w którego oknach zauważyłem zaciekawione twarze podchmielonych klientów. Pewnie już dużo wcześniej słyszeli hałas naszej pędzącej maszyny, bo po drodze zgubiliśmy gdzieś w śniegu tłumik, ale to się przecież potem dospawa. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że już latem przeżyją w tym samym miejscu większe zdumienie... 


Fot. Michał Oleksiej

cdn.

Niebo w styczniu / The sky in January

Była noc październikowa Iwony Cymerman, była noc grudniowa Roberta Koncy, a teraz nadszedł czas na noc styczniową Milana Rúfusa. 
Niżej zamieszczony tekst pochodzi ze zbioru Wiersze (Kraków 1977, w cyklu "Humanum est"); przekładu z bratysławskiego wydania Básni (1975 r.) dokonała Danuta Abramowicz. Ona też wybrała wiersze i opatrzyła je posłowiem. Milanowskie wspomnienie styczniowych nocy znalazło się na str. 84-85:

Okładka Wierszy Milana Rúfusa 
projekt obwoluty - Andrzej Darowski

*
"Ostatnio zdarza mi się myśleć o styczniowych nocach. Głębokich, pełnych wewnętrznych rozbłysków, z wiecznie śpieszącymi się, rzadkimi chmurami. Z mrozem, w którym powietrze i wszystkie rzeczy w nim trzaskają drobno i sucho niczym grzebienie we włosach kobiet. Z wędrownymi wirami pyłu śnieżnego, sunącego przez świat niczym królewski welon czystej, niemal wesołej, rozdzwonionej śmierci. W takie to noce zwierzyna opuszcza swoje ostępy i zbliża się do osiedli ludzkich. 

Tatranská Javorina
Słowacja, koniec października 2008 r.

Lękliwie, a więc na swój zwierzęcy sposób z godnością. Przypominam sobie, jak w takie noce widywałem w Tatranskiej Poliance jelenie. Najpierw długo stały na skraju lasu, a kiedy w budynkach pogaszono światła, zbliżały się ostrożnie, szukając na ścieżkach kawałków chleba. Potem odeszły. W ich przyjściach i odchodzeniu był jakiś głęboki sens, coś, co mnie jako człowieka napełniało dziwnym smutkiem, aż poczułem potrzebę wiersza tak absolutnego, że go nie można było napisać. Dziś przywołuję ich obraz, jakby wtopiony w bursztyn, w tę noc pełną gwiazd na śniegu a szronu na niebie - i jeszcze, i jeszcze raz uzmysławiam sobie, jak przychodziły wziąć chleb i trzęsły się przy tym o swoją wolność. Twarzą w twarz wobec tego obrazu uzmysławiam sobie dzieje ludzi, niezrozumiały proces, w którym człowiek wolny stał się człowiekiem domowym, przywiązanym do miski zwanej stopą życiową, do miski, która jest coraz pełniejsza, łańcuchem, który staje się coraz krótszy.

Kościół św. Anny w Tatranskiej Javorinie. 
Słowacja, koniec października 2008 r.

Ale i poeta jest synem człowieka, jest tylko synem kobiety, śmiertelnym synem kobiety. 
Zrozumiecie chyba, dlaczego dlaczego było mi tak cudownie smutno przy spojrzeniu na zwierzynę lękliwie podchodzącą do skórki chleba i odchodzącą z ogromną elegancją; ryzykowały coś niezastąpionego, ponieważ nie miały wyboru. Właśnie ze względu na ten niepokój były mi tak drogie: bo były podobne do nas, których zima naszego człowieczeństwa od dawna już zmusza do wymieniania chleba za wolność, aż nas to w końcu nie boli.
*

Nie dotarłem jeszcze do źródła owego wspomnienia - Danuta Abramowicz wspomniała, że Rúfus zamieścił je "w jednej z autobiograficznych prac". Gdy tylko odkryję jaka to praca - niezwłocznie poinformuję czytelników. Kwestia czasu. 
Paralele pomiędzy pragnieniem przeżycia zwierząt (zatem swoistym luksusem w ich świecie)  i ludzką potrzebą wygody i luksusu, są może nawet aktualniejsze dziś niż wtedy gdy opisywał to Rúfus. Zwłaszcza, że w biedniutkiej Słowacji (ówcześnie złączonej z Czechami) ta stopa życiowa naprawdę wysoka nie była.  
Obecnie skala zniewolenia jednostki przybiera formy wręcz groteskowe - i wszystkich nie tylko to nie boli, ale chcą tego zniewolenia całym sercem i duszą! Człowiek wolny stał się człowiekiem domowym a człowiek domowy człowiekiem korporacyjnym. Taka ewolucja ku przepaści. Może ktoś uzna to za żart ale wielu niewolników w starożytności dysponowało większym marginesem wolności niż dzisiejszy "wolny" człowiek pracujący. Człowiek-robot, człowiek-automat, człowiek-konsumujący. Witamy w nowym, lepszym świecie panie Rúfus!

*

Opis styczniowej górskiej nocy powoduje, że ciarki przechodzą po grzbiecie. Fragment poświęcony pragnieniu "wiersza absolutnego" jest - jak sadzę - szczególnie bliski wszystkim ludziom pióra, którzy doświadczają częściej lub rzadziej takowej iluminacji. I opowieść o kontekście tego pragnienia, niejako w kontrze do innego przywoływanego na blogu mistrza  - Roberta Juarroza. Dwaj mistrzowie, dwa systemy sztuki tworzenia. 

W króciutkim wspomnieniu znajdują się, a jakże, elementy magiczne. "Z wędrownymi wirami pyłu śnieżnego sunącymi przez świat niby królewski welon [...] śmierci". Ten fragment odsyła nas do fascynującej i przerażającej przestrzeni - pandemonium powietrza. Stary mistrz doskonale wiedział co oznaczały i jaki kontekst w słowiańskiej demonologii miały "wiry pyłu", które czasem można zaobserwować na polach latem; zimą, podczas śnieżnej zawiei łatwo je dostrzec w każdym miejscu, zwłaszcza w górskich kotlinach i na halach. Świat demonów powietrza był dla Słowian światem wrogim i niebezpiecznym. Przebywający w nim płanetnicy, latawce, wiatracznicy, diabły powietrzne, duchy wisielców sprowadzały różnorakie nieszczęścia na stąpających po twardym gruncie. Lecz o ile płanetnika albo latawca (demony pogody) dało się jeszcze jakoś okpić lub oswoić, a nawet posiąść jego nadnaturalne umiejętności to wir powietrzny wywodził się z głębszej, mroczniejszej otchłani. Tak pisał o tym profesor Bohdan Baranowski w swojej fascynującej książce W kręgu upiorów i wilkołaków (Łódź 1981, s. 128): 
Osobnym zagadnieniem może być  sprawa szeroko rozpowszechnionych na dawnej wsi wierzeń w magiczną i wielce dla ludu szkodliwą działalność "wirów" lub "cugów" powietrznych [...] zjawisko huraganów, czy nawet zupełnie niewielkich wirów powietrznych tłumaczono zwykle jako przejaw działalności istot demonicznych, a więc najczęściej diabłów, lub potępionych dusz wisielców. Stąd też tak częste powiedzenia znane w podobnych brzmieniach na całym niemal obszarze ziem polskich, jak np. "diabeł leci i macha ogonem", "diable wesele", "diabeł tańcuje i ogonem zamiata", "diabły tańcują bo się ktoś powiesił", "wisielec tańcuje", "leci dusza z wisielca",  itp.       
Okładka W kręgu upiorów i wilkołaków
Bohdana Baranowskiego
wg projektu Stefana Drobnera
(także autora świetnych ilustracji
do niniejszej książki)

Baranowskiemu wtórują Barbara i Andrzej Podgórscy, autorzy Wielkiej Księgi Demonów Polskich (Katowice 2005), którzy przytaczają inną, demoniczną genealogię wiru powietrznego - miał on wywodzić się z pradawnych pogańskich wierzeń w demona wiatru, być może tożsamego z Pochwistem, Poświstem lub Pogwizdem. Według ludowych przekazów śląskich "taki wir to «zło» lecące powietrzem [...], «powicher», to jest ruch powietrza, wir w którym zły duch siedzi, sam diabeł". A i inne powietrzne, realne przecież istoty miały swoje złowrogie znaczenia. Chociażby Lelek Kozodój dziwaczny, nieco odrażający z wyglądu ptak, który miał przenosić do Wyraju dusze zmarłych; czasem sam był takowej duszy symbolem. Albo i łowcą dusz - jak u H.P. Lovecrafta... Kwestia do rozwinięcia.  
Milan Rúfus poszedł wszakże o krok dalej. W jego tekście wir powietrzny staje się welonem samej cesarzowej demonów - Śmierci. Fakt, że poeta, po hrabalowsku oswaja Otchłań i przydaje śmiertelnemu korowodowi rozdzwonionych, "niemal wesołych" znaczeń, ani na jotę nie czyni obrazu mniej przerażającym. I mniej tajemniczym - jak owe wewnętrzne rozbłyski nocy. 
Wręcz przeciwnie....    

Milan Rúfus. Milan Rúfus. Milan Rúfus po trzykroć!
     
Okolice Lodowego Szczytu tuż przed burzą śnieżną
Słowacja przełom października i listopada 2008.

niedziela, 7 stycznia 2018

Cygan pisze Ikonę / Gypsy paints an Icon

Prawosławne Boże Narodzenie 2018 - upłynie pod znakiem karpackiej Ikony opisanej w wierszu Roberta Koncy Cygan pisze Ikonę. Ikony, okna w inny Świat, tajemniczego szkiełka do nieznanej, doskonałej przestrzeni. A szkiełka tworzą niedoskonali ludzie... Wiersz Roberta mógłby być mottem do niniejszego bloga. Zwłaszcza dwa ostatnie wersy: 

napisać ją i odejść
ustąpić miejsca światłu

Czy jest coś bardziej fascynującego  od roztopienia się w swym utworze? Jak budowniczowie katedr. W większości – mimo rozlicznych powodów i pokus aby upamiętnić się na wieki - znikali w swym dziele. Liczyła się tylko treść – sedno rzeczy, sedno przekazu. I tak być powinno. Dziś opakowanie jest tyleż warte co zawartość. Można powiedzieć – nawet ważniejsze. Takie czasy. W Katedrze rozpoczynały się i zbiegały drogi Wszechświata. Supermarkety (teraz: Galerie!) – to drogi donikąd...   

*


O okolicznościach powstania wiersza opowie (prozą) sam autor. Kiedyś traktowałem takie  uzupełnienia jako zbędne ornamenty. Zmieniłem zdanie gdy podczas jakiejś radiowej audycji usłyszałem Czesława Miłosza opowiadającego o kontekstach swej twórczości. O kontekstach, które z przyczyn oczywistych mogły być znane tylko jemu. Była to opowieść fascynująca, która pozwoliła odnaleźć sedno niektórych utworów, bez owego kontekstualnego narzędzia niemożliwych do wydobycia. 
Nie sposób tutaj uniknąć nawiązania do Roberta Juarroza, który jak już wcześniej wspominałem, nie tolerował żadnych dodatków do tekstu literackiego. Jest to skrajne podejście, jednak trzeba pamiętać, że bywają też tacy, dla których kontekst i opracowanie były/są ważniejsze od samego utworu. W kulturze popularnej kontekst dzieła przybiera wręcz groteskowe formy (cała machina streszczeń i opowiadań o filmach czy serialach, w których nie wiadomo już co jest pierwsze - resume, czy opisywane przez nie "dzieło"). Ale są to już kwestie ściśle związane z popytem i podażą działów marketingowych. 
Ci którzy pamiętają czasy socjalizmu/realizmu magicznego pamiętają zapewne wstępy do dzieł literackich (czasem niemal dorównujące rozmiarowo treści dzieła). Czarno na białym udowadniano tam, że np. Jean Valjean był w prostej linii, genetycznie, przodkiem działaczy PCF, a Javert to pradziadek funkcjonariuszy-pałkarzy Vichy. A gdyby, a gdyby, a gdyby... wszystko działo się w sanacyjnej Polsce to byliby to Janek Wałżyn z KPP i Bolesław Żawiur z granatowej policji..., etc., etc. Wszystkie literackie rzeki i źródła zgrabnie kierowano do politycznego zalewu (zlewu). Ale to były inne - niemerkantylne - potrzeby i prawdy. Prawdy czasu, prawdy ekranu, że tak powiem. Zresztą bieżąca polityka ma zawsze swoje określone zadania...
Dystansując się od tego typu działań nie zgodziłbym się jednak na radykalne pozbawianie dzieła dołączonych ram - dopowiedzeń, uwag, wstępu, posłowia, etc. Bez nich - często - tekst  jest jak katedra  bez witraży. Dałoby się tworzyć nie zastanawiając się, nie rozmawiając i nie komentując rzeczywistości tworzenia, jego sensu i  tła?
Gdybyśmy jednakowoż przyjęli ściśle postulat Juarroza, to jest furtka pozwalająca na ominięcie jego restrykcyjnych zasad (Polak potrafi!). O kontekście utworu, o kulisach jego powstania, o rzeczywistości towarzyszącej może opowiedzieć inny utwór literacki. I co Wy na to? Tak właśnie będzie teraz. Prequel do wiersza Cygan pisze Ikonę jest ścisłym, niemal kronikarskim zapisem wydarzeń prowadzących do wiersza; rzeczywistości która wiersz opowiedziała.  
Ksiądz, Rusin, Cygan, miejscowości, zapisy dialogów i podróż – są jak najbardziej autentyczne. 


*

Robert Konca


CYGAN PISZE IKONĘ. PREQUEL


– Myślisz, Robo, że jest mi po drodze z tym rasizmem? To grzech, ja się z tego ciągle spowiadam! – znajomy ksiądz ewangelicki, którego parafia obejmująca dzikie tereny południowo-wschodniej Słowacji, należała do najbiedniejszych regionów Unii Europejskiej, z rezygnacją opróżnił trzeci już kieliszek boroviczki. 
– Popatrz na nich – obszernym ruchem ramienia wskazał na kolorowe i hałaśliwe grupy Cyganów krążące po średniowiecznym rynku miasteczka, a był to gest króla, którego właśnie zmuszono do abdykacji – Są w nieustannym ruchu, jak cząstki elementarne. I zawsze coś kombinują. Jakiś przekręt, lewiznę, aferę. Kiedyś pojechałem do ich slumsów pod Rožňavą, z jedzeniem i lekami. Daję żarcie dwunastoletniemu chłopcu, a on prawą ręką bierze je ode mnie, zaś lewą z niewinnym uśmiechem, w którym jednak widziałem odcień drwiny i pogardy, próbuje wyciągnąć mi portfel z kieszeni. Znam takich, co nawet skończyli studia. Pomagałem im, kupowałem książki, załatwiałem potem pracę w urzędach i firmach. I wiesz, co? Żaden nie pracował dłużej niż dwa miesiące. Wszyscy wylądowali z powrotem w slumsach, z plastikową butelką taniego wina w ręku i z torebką kleju na głowie. Z pięciu lat studiów nie pamiętali niczego. Myślę, że nie miało do dla nich najmniejszego znaczenia, jakby się w ogóle nie zdarzyło. Mówię ci, to jakaś genetyczna skaza. Cyganie tak po prostu mają. Inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, choć bardzo bym chciał...
– Nie wierzę, że nie spotkałeś porządnego Cygana. Ja wielu takich spotkałem, a przecież nie żyję tutaj na stałe, w przeciwieństwie do ciebie.
– Ty to jednak naiwny jesteś, Robo. Poeta. Chociaż... – ksiądz nagle zamyślił się, a jego wzrok skierował się gdzieś ponad kolorowe kamieniczki i pobliski zamek, ku nieskończoności. – Podobno jest taki jeden Cygan. Rusini mówią, że to święty człowiek. Ikony pisze. W górach przy wschodniej granicy mieszka, w pustelni. Ale to pewnie tylko rusińska legenda...
–  Sprawdzimy? Jedziemy na wschód?
 Jesteśmy na wschodzie. W sumie nie jest daleko... – oczy mu nagle rozbłysły i w tamtej chwili wyglądał jak Indiana Jones na tropie zaginionej Arki Przymierza. Błyskawicznie podniósł do ucha smartfona, nazywanego tu chytrym telefonem.
  Po krótkiej rozmowie w dialekcie wschodnio-słowackim szybko wstał i oznajmił: – Jedziemy! Za kwadrans mamy osobowy do Humennego.
   W Humennem przesiedliśmy się na pociąg do Stakcina, gdzie tory się kończą, a dalej są już Karpaty. W Stakcinie, w jakiejś uroczej spelunie, pamiętającej chyba czasy Masaryka, a może i Franciszka Józefa, czekał na nas stary Rusin o wyglądzie patriarchy. Po wychyleniu kieliszka śliwowicy zadzwonił do kogoś i długo coś mu tłumaczył pełnym szacunku szeptem; po następnym kieliszku narysował mapę na serwetce i wręczył ją księdzu jak relikwię. Kiedy wychodziliśmy, na pożegnanie powiedział nam tylko: 
– Podobno On już prawie nie mówi...
I tak ewangelicki ksiądz wraz z poetą-heretykiem, ruszyli na pielgrzymkę do pustelni        Cygana, który pisze ikony. 


Cerkiew w Stakcinie / Stakčínska Cerkva
fot. Boris Dovala
(za: http://www.panoramio.com)

*

Robert Konca


CYGAN PISZE IKONĘ



przenieść

z miejsca na miejsce
swoją ciemność
nie pytając dlaczego

pełznąć w pierwotnym mroku

podczas gdy ręka 
po omacku 
dotyka widma twarzy

która lśni po drugiej stronie ciemności 

jak jasne okno
przywołujące ślepca

napisać ją i odejść

ustąpić miejsca światłu


I tłumaczenie Iwony Cymerman:


GYPSY PAINTS AN ICON


to move
one's darkness
from place to place

without asking why

creeping in the original darkness
while the hand
blindfold
touches the spectrum of the face

which shines
on the other side of the dark
like a bright window
calling the blind

to write it and leave
give way to light



Ikona: Zmartwychwstanie Chrystusa,
św. Mikołaj Cudotwórca w otoczeniu wizerunków
Matki Boskiej, Sąd Ostateczny i "prazdniki".
Muzeum Narodowe w Warszawie
(zaczerpnięte ze strony MNW Cyfrowe)

sobota, 6 stycznia 2018

Baśnie peryferyjne, cz. 1 / Peripheral tales, part 1

Dziś pierwsza część opowiadania Roberta Koncy Baśnie peryferyjne.  Po raz pierwszy zostało opublikowane trzy lata temu w XIX-XX numerze "Kwartalnika Kulturalnego Kozirynek" (Radzyń Podlaski 2015), podówczas ilustrowały je fotografie autorstwa Ignacego Redesiuka. Retrospekcyjna, melancholijna proza osadzona w przestrzeni dzieciństwa i młodości, różni się od innych opowiadań Roberta, opowieść stanowi zamkniętą całość. Występujący tu bohaterowie nie pojawiają się w innych cyklach prozatorskich. Miejscem akcji jest "powiatowe miasto S" i jego opłotki, tylko jego opisy dodają Baśniom... pozorów realizmu. Realizmu magicznego, rzecz jasna....


Kwartalnik Kulturalny
Kozirynek, nr XIX-XX,
Radzyń Podlaski 2015, 

grafika na okładce: 
Sławomir Walencik.


*

Robert Konca


BAŚNIE PERYFERYJNE 


Od kiedy pamiętam, zawsze żyłem na peryferiach. Już w drugiej klasie szkoły podstawowej odbywałem swoje pierwsze samodzielne (i zwykle samotne) wyprawy. Pomiędzy szkołą a cmentarzem rósł dziki sad; w jego sercu stał zrujnowany dom z olbrzymim kominem, z którego w pewne wieczory unosiły się białe opary. Było sprawą oczywistą, że w tym domu mieszkała czarownica.


Fot. Przemysław Tytus Krupski

Pod domem czarownicy wieczorami zbierały się potwory. Ukryty w krzakach patrzyłem na ich zarośnięte gęstą sierścią pyski i słuchałem ich groźnych porykiwań. Czarownica wynosiła im jakieś magiczne mikstury w białych i zielonych butelkach. Po ich wypiciu potwory wpadały w trans, podskakiwały ociężale wokół domostwa i ryczały jak zranione godzille. Czasem walczyły ze sobą i czułem, jak ziemia drży mi pod stopami. Raz największy z nich cisnął w moją stronę pustą butelką. Nie sądzę, że chciał mnie trafić, ponieważ nie mógł mnie widzieć. To była raczej jakaś forma zabawy, a może sportu. Podniosłem butelkę i ostrożnie, aby nie zostać zauważony, odrzuciłem ją w kierunku domu. Potwory ucichły i kręciły kudłatymi łbami, a potem cofnęły się jakby ze strachem pod drzwi domu, w których po chwili pojawiła się ręka czarownicy z pełną butelką. Jednak największy odtrącił tę rękę i wraz z pozostałymi udał się niezgrabnym kłusem w kierunku cmentarza. A ja pomyślałem, że każdy potwór ma swoje słabości i na każdego można znaleźć sposób. 

Fot. Przemysław Tytus Krupski

*

W następnych latach, a była to już Era Generałów, moje wycieczki przekraczały nawet granice Miasta. Z uwagi na przestrzegany jeszcze wtedy przeze mnie obowiązek szkolny, peryferie odkrywałem późnym popołudniem albo wczesnym rankiem. Na północy znalazłem boczny tor, na którym stał stary wagon pullmanowski. Zapadał zmierzch, gdy wsiadłem do niego przez nieistniejące drzwi. Ostrożnie szedłem po podłodze pełnej szkieł i bliżej nieokreślonych fragmentów materii, na razie nieożywionej. W półmroku widziałem zrujnowane przedziały z powybijanymi szybami. Wiatr huczał niepokojąco w całym wagonie, a ja wyobrażałem sobie, że jadę z ogromną prędkością w zapadającą noc, aż na krańce świata. Instynkt i nabyte już doświadczenie podpowiadały mi czujność, bowiem taki wagon to naturalne zimowe i nocne schronienie dla potworów. A jednak nie zauważyłem śladów ich bytności: żadnych butelek, kałuż moczu czy kup gnoju. Szkło na podłodze pochodziło z szyb okiennych. Większość przedziałów nie posiadała drzwi, okien ani siedzeń. Tylko jeden, w środkowej części wagonu, był wyposażony w błyszczące nowością w półmroku drzwi. Wewnętrzne zasłony, na których zamiast zwyczajowych napisów „PKP”, dostrzegłem małe gwiazdki i jakieś dziwaczne piktogramy, skutecznie skrywały przestrzeń przedziału. Kiedy dotknąłem drzwi, w przedziale rozbłysło nagle oślepiające, białe światło, a cały wagon ogarnęły silne wibracje. Bez zastanowienia zerwałem się do ucieczki. Dwa razy upadłem, zanim wyskoczyłem z wagonu i pobiegłem z całych sił w stronę Miasta. Później, już w mieszkaniu, oglądałem ze zdziwieniem swoje ręce. Nie nosiły śladów żadnych skaleczeń, mimo upadków na pełną szkieł podłogę. Byłem wtedy za młody i głupi, żeby spróbować rozwiązać zagadkę wagonu, ale oprócz lęku, gdzieś na peryferiach umysłu rodziły się dziwne przeczucia. Zdecydowałem jednak nie zbliżać się do wagonu przez najbliższe miesiące, a może i lata.


Fot. Budowniczy Katedry

cdn.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Piosenka Noworoczna / New year song

Na 2018 rok wszystkim Czytelnikom bloga - wszystkiego czego sami sobie życzą. Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy! I wytrwałości w lekturach. 




*

Pozwolę sobie rozpocząć rok od Piosenki Noworocznej z polskiego przekładu Season Songs Teda Hughesa: 

Pieśni czterech pór roku
Poznań 1995.


Ted Hughes
przekład z języka angielskiego Marek Obarski


PIOSENKA NOWOROCZNA


Wreszcie rozkwita
  Gwiazda betlejemska
    Niesamowita
          jak duch z zaświatów
   Jak nieznane stworzenie
                           w szklanym akwarium
   Niewidoma biała ryba
                            z podziemnego jeziora
   Zeszłoroczna wdowa                           
                            wyglądająca przez okno
                            Najgorszy mróz dopiero nadejdzie


Wreszcie rodzi się
  Jagniątko w swym ciasnym  
                            baranim kożuszku
    Z wijącym się ogonkiem węgorza
    I prastarą jak lodowiec
                            mamucią obojętnością
    Która pozwoli sekundzie nieskończoności 
                            stanąć na słabych nóżkach
    I przejść kilka pierwszych kroków
                            pstrząc kopytkami śnieg
    W ślad za matką
                            w coraz sroższe zimno
                            A najgorszy mróz dopiero nadejdzie. 


Wreszcie tańczą
    Delikatne śnieżynki o wątłych szyjkach
    Podskakując jak fontanny
                            i musisz przystanąć
    I głęboko odetchnąć
                            i one sprawiają że serce wali jak młot
    Myślisz w duchu że to nazbyt hojny dar
                            jak na te marne czasy
    Nikt nie wie jak pogodzić się z tą bielą
                            która gęstnieje przed oczyma
    Możesz jedynie urzeczony wpatrywać się w śnieg  
                            Najgorszy mróz dopiero nadejdzie.


Wreszcie budzi się
  Delikatny krokus
    Narażając się na to że pogryzą go głodne zające
                                                                               i złamie śnieg
    Wreszcie rozkwita tojad
                            purpurowy z zimna
    Pieśń budzi się w kogucim gardle podczas burzy   
    I drozd i jeleń
                            radują się wspólnie
    W godzinie słońca
                            z naprawdę ważnego powodu 
                            Chociaż najgorszy mróz dopiero
                                                                        przyjdzie.


Pieśni czterech pór roku, wyd. Zysk S-ka, tłum. Marek Obarski, 
red. Hanna Koźmińska, opr. graf. Mirosław Adamczyk, s. 83-84.


*

Przy okazji  - moja ulubiona fotografia Hughesa. Olbrzymi, niemal dwumetrowy Hughes, ze swoją mocną, drapieżną twarzą, ubraną zazwyczaj w drwiący, z lekka pogardliwy i arogancki grymas/uśmieszek, zawsze kojarzył mi się ze średniowiecznym baronem. Nawet wiem dokładnie z którym - otóż z normańsko-italskim krzyżowcem, Boemundem I de Hauteville, (1058-1111) księciem Antiochii. Ponieważ Hughes jest podobny (przynajmniej na niektórych fotografiach) do Roberta de Niro, myślę że skojarzenie z południowo-północną genealogią jest jak najbardziej na miejscu. Zachował się precyzyjny opis postaci Boemunda uczyniony delikatną dłonią bizantyjskiej cesarzówny Anny Komneny. Ów opis w połączeniu z innymi historycznymi informacjami na temat cech psychofizycznych księcia Antiochii zdecydowanie potwierdził (a może raczej odwrotnie - stworzył) moje skojarzenia. No i jeszcze to wspaniałe, średniowieczne, niemal magiczne wyczucie świata przyrody.... 
Wyobraźcie sobie poetę z fotografii bez krawata, koszuli i prochowca za to w kolczudze i łosiowym kaftanie. Pasuje lepiej? 

TED HUGHES
za: https://www.biography.com/people/ted-hughes-9346422

I na koniec tłumacz Hughesa - Marek Obarski. Nader ciekawy pisarz, poeta i translator. Doskonale wyczuł "przyrodnicze" niuanse Hughesa bo jego własne utwory w niesamowity sposób opisywały magiczno-mistyczno-pogańskie przestrzenie, królestwo zwierząt i roślin. O twórczości Marka Obarskiego chciałbym jeszcze napisać coś niecoś na blogu... 


MAREK OBARSKI
fot. z okładki
Tańczącego gronostaja

Poznań 1985. 

2022. Nowy początek

Długo nic się tu nie działo. Najwyższy czas to zmienić. Zaczynam od wiersza na Nowy Rok i z nadzieją wracam do działania. Arur Rogalski *** ...