wtorek, 15 maja 2018

Kształt nieuchwytnego / The Shape of the Elusive

Iwona rysuje kształt nieuchwytnego na motywach tragicznego życia znakomitej rzeźbiarki Camille Claudel (1864-1943). I przekłada to co nieuchwytne na język angielski... 


Camille Claudel

Iwona Cymerman



KSZTAŁT NIEUCHWYTNEGO


to co było lawą
zamienia się w kamień

warto z nim rozmawiać
słuchać
jego opowieści
wąchać smakować dotykać
z niego wydobywać
własnym ciałem kształty
które pamiętają

kształt nieuchwytnego

w nim szukać sugestii
czwartego wymiaru

sto pięć lat
w tym pięćdziesiąt jeden moich
Camille
na zawsze
w sobie zatrzaśnięta
rzeźbi

kształty się dopełniają
rzeźba w modelunku
ręce w ruchu


na kawalecie
kolejne ciała
kolejne litry krwi
nieprzerwanie
krążą w czasoprzestrzeni

to zaledwie przymiarka
do nieskończoności

powołana do niepokoju
odczytuję znaki
źdźbła najdrobniejszych szczegółów
na granicy zmysłów

wkładam je pod powieki -
ufam tylko snom

na czole czuję dotyk
dłoni już spokojnej
gdy zasypiam jak kamień
wciąż miękki i ciepły



Dłonie jednej z rzeźb Camille
Za: http://absyntowawrozka.blogspot.com/2016/01/
camille-claudel-piekno-smutek-i.html


09.04.18



THE SHAPE OF THE ELUSIVE


what used to be lava
turns into stone

it's worth
talking to it
listening to its stories
smelling tasting touching
with one's own body extracting
shapes
that remember

the shape of the elusive

it's worth looking there
for suggestions
of the fourth dimension

one hundred and five years
including fifty-one of mine
Camille
locked in
forever
sculpts

shapes are complementary
sculpture in modeling
hands in motion

on the sculpture work table
next bodies
next litres of blood
incessantly
circulate in spacetime

it's just an attempt
to face infinity

called to anxiety
I read signs
specks of the tiniest details
on the border of the senses

I put them under my eyelids -
for I trust only dreams

I can feel the touch on my forehead
of a hand already calm
when I fall asleep like a stone
still soft and warm



Camille Claudel, pod koniec życia
w zakładzie dla obłąkanych
Asile de Montdevergues

sobota, 5 maja 2018

Coś na Ziemi, cz. 2 / Something on the Earth, part 2.

Robert Konca

COŚ NA ZIEMI (cz. 2)


Czy patrzy mi teraz przez ramię, bez emocji analizując te słowa, jakby oglądało ślady pozostawione przez mewy na piasku? A może to coś właśnie wydobywa myśli z wewnętrznego mroku i każe mi składać słowo do słowa, i nie ma nic we mnie, ani gdziekolwiek indziej, co byłoby moje... Nigdy się tego nie dowiem, nic nie będę wiedział na pewno. Żeby nie zwariować, zakładam więc, że tylko obserwuje, nie wpływając na bieg myśli i zdarzeń, zadowolone zarówno wtedy, gdy jest przez nas przeczuwane, jak i wtedy, gdy jesteśmy pewni, że nie istnieje. Może tylko czasem, tak dla zabawy, albo z innych powodów, których z naszej perspektywy nie jesteśmy w stanie ogarnąć, instaluje aktualizacje w programie czasoprzestrzeni i potem wszystko funkcjonuje na innych zasadach, do których się przyzwyczajamy, a nawet nazywamy postępem i nowoczesnością, próbując naukowo wytłumaczyć największe dziwactwa...

*

- Powiedz najpierw o tym, co pamiętasz, a potem o tym, czego się domyślasz – rzekł drugi, odkręcając butelkę rumu.
- Zgodnie z rozkładem ruszyłem ze stacji Ostrava Główna. Po trzech kilometrach, gdy jechałem około 70 km/h, nagle zobaczyłem człowieka leżącego na torach nie więcej niż dwieście metrów przede mną. Wiedziałem, że nie zdążę się zatrzymać, ale rozpocząłem hamowanie i uruchomiłem sygnał dźwiękowy. Jak już byłem blisko, zorientowałem się, że było ich dwóch. Jeden pochylał się nad tym leżącym i już myślałem, że uda mu się usunąć go z toru, ale niestety... - pierwszy przerwał na chwilę i pociągnął potężny łyk rumu – Wiesz, teraz wydaje mi się, że tamten wcale nie zamierzał go ratować, tylko przytrzymywał go jakimś zapaśniczym chwytem na torach. Nic nie mogłem już zrobić. A później już niewiele pamiętam. Wydaje mi się, że zatrzymałem pociąg, i że ktoś wskoczył do lokomotywy. Chyba miał coś ze sobą, jakiś duży plecak; wydawało mi się, że zauważyłem w nim jakiś ruch, ale to nic pewnego. Bolała mnie głowa i wszystko wokół uległo zniekształceniu. Chociaż było wczesne popołudnie, na zewnątrz panował zupełny mrok. Reflektory daremnie próbowały odnaleźć jakiś punkt odniesienia w ciemności. Nie widziałem nawet torów. Później wszystko pojaśniało, ale nie było widać nic konkretnego, tylko białą mgłę. Lokomotywa, a pewnie także wszystkie wagony, nieustannie drżały, jakbyśmy jechali z ogromną prędkością. Po chwili znowu zapadła noc. Ktoś obcy siedział obok mnie; bardziej go czułem, niż widziałem...
- Rozmawiałeś z nim?
- Sam nie wiem. Trudno to nazwać rozmową. Chyba go zapytałem, dokąd jedziemy.
- I co odpowiedział?
- To akurat dobrze pamiętam. Z jakimś dzikim entuzjazmem zawołał: Pakistan, mistrzu!

*

- O świcie okazało się, że kilkunastometrowy fragment góry wraz z instalacją zniknął. Prawdopodobnie runął w kilometrową przepaść na skutek trzęsienia ziemi, chociaż w nocy słyszeliśmy tylko hałas, a nie czuliśmy trzęsienia. Zresztą ustalono, że sejsmografy nie odnotowały żadnych wstrząsów tektonicznych w tym rejonie. Jeden z szerpów, stojąc na skraju przepaści, powiedział: Góra go pożarła. Nikt go już nie odnajdzie...
- I co, nie znaleźliście go? – zapytał drugi, zdumiony usłyszaną historią. Trzeci nie odzywał się.
- Nie. Szukaliśmy niżej, analizowaliśmy obrazy z satelitów i nic, ani śladu. Nie mieliśmy nawet fotografii, zamierzaliśmy wykonać je rano, przed wydobyciem ciała z lodu. 
- A w takim razie istnieje jakiś dowód na istnienie tej instalacji?
- Tak. Na szczęście Japończycy wcześniej zrobili dużo fotek...
- Pod tym względem na nich zawsze można liczyć. Amerykanie go rozpoznali? Wiedzą, kto to był?
- Tak na dziewięćdziesiąt procent. Przydałyby się badania genetyczne. Ci gnoje zostawili parę śladów w bazie, pewnie włosy im się sypały z bród. No, ale materiał porównawczy góra zjadła...

Niekiedy wyobrażam sobie, jak miliardy lat temu coś pędzi przez wszechświat, na rydwanie z cząstek elementarnych, aż wreszcie zatrzymuje się w próżni między galaktykami, zastyga w ostatecznej kontemplacji, mając czas i niezłomną wolę... Skanuje całe lata świetlne w poszukiwaniu właściwego miejsca, aby zasiać ziarno. Nazywa to miejsce Ziemią. Z tej odległości nie widzi jej bezpośrednio. Dostrzega tylko odchylenia światła gwiazd, subtelne wołanie grawitacji. Ale Ziemia się nie ukryje. Choćby nawet znieruchomiała w ciemnościach i wstrzymała aktywność pierwotnego ognia. Coś beznamiętnie nasłuchuje, nie spieszy się z analizą, nie zniechęca się. Już wie, że Ziemia jest jeszcze bezpańska, a jej powierzchnia dopiero się kształtuje w straszliwych konwulsjach narodzin. I coś spada na nią, przechwytując Księżyc. Zaczyna realizację projektu. Już wtedy powstają pasożyty, które dziś zatruwają mózgi terrorystów i groteskowych satrapów – członków Zakonu Złotego Klozetu. Reszta dzieje się sama.

- Ale chyba nie byłeś w Pakistanie? W dwa dni byś nie obrócił tam i z powrotem, nawet gdybyś jechał pendolino, a przecież jechałeś zwykłym. 
- Nie wiem, gdzie byłem, ale na pewno nie między Ostravą a Bohuminem. Mój skład po prostu zniknął na dwa dni. Ruch na trasie odbywał się przez ten czas normalnie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że ja nie wiedziałem, że minęły dwa dni. Na szczęście analogiczny pociąg z Pragi tego dnia, kiedy wróciłem, miał kilkanaście minut opóźnienia i nie doszło do wypadku. To był jedyny dzień w historii kolejnictwa, kiedy dwa takie same pociągi z Pragi wjechały do Bohumina jeden po drugim. Zdumieni pasażerowie nazwali to podwójnym doładowaniem. To jakaś demoniczna sprawa...
- A jak twój skład znalazł się w Bohuminie?
- Po prostu nagle okazało się, że wjeżdżam na stację Bohumin. Współpasażer zniknął. Wszystko było w porządku, jak gdyby nigdy nic. No, prawie wszystko – pierwszy znowu napił się rumu.
- Coś było nie tak? Były jakieś ślady tej wyprawy?
- Tylko jedno ci powiem: na szybach był mróz, a sierpień tego roku był wyjątkowo upalny... 

*

- W sumie mamy więcej niewiadomych, niż konkretów – westchnął drugi oficer. – A po co zabierasz nas teraz do Czech?
- Nasi czescy koledzy w połowie sierpnia znaleźli na torach ludzkie nogi. I już drugi miesiąc usiłują do tych nóg dopasować jakiś korpus, ale bez skutku. – pierwszy uśmiechnął się w zadumie – Zwrócili się do nas o pomoc w tej bolesnej sprawie. 
- I ty myślisz, że...
- Istnieje taka możliwość – wycedził powoli pierwszy – Tym bardziej, że te nogi ubrane były w spodnie typowe raczej dla Środkowej Azji, niż dla Środkowej Europy. Obejrzymy nogi, resztki ubioru, porównamy ze zdjęciami instalacji, może coś się wyjaśni, potwierdzi, albo zaprzeczy. Może to nogi jakiegoś kloszarda, który kupił te dziwne spodnie w sklepie z tanią odzieżą, albo je ukradł czy znalazł. A potem z radości napił się najtańszego destylatu i zasnął z nogami na torach. Ale w takim razie dlaczego nie znaleziono reszty ciała? Taką mamy robotę, że musimy to sprawdzić, bo może jednak... Wiem, że to na pierwszy rzut oka nie ma sensu. No, bo gdzie Ostrava, a gdzie Nanga Parbat? Nie otwieraj tej boroviczki, w Żilinie mamy przesiadkę, to coś wypijemy. Tylko nie pytaj mnie, jak to wszystko się odbyło, jak to w ogóle było możliwe, bo ja nie wiem. Amerykanie pytali mnie o to wiele razy. Oni mają, jak się wyrazili, przeświadczenie graniczące z pewnością, że to była nasza akcja. 
- Ale my przecież nikogo nie wysyłaliśmy – oświadczył drugi.
- Może ktoś sam się wysłał – odezwał się cicho trzeci, chowając do kieszeni odmrożone dłonie – Myślę, że będzie więcej instalacji...

*

- I po tym wszystkim nie wywalili cię z roboty?
- Zrobiło się zamieszanie. Następnego dnia wezwali mnie do Pragi, do samego szefa naszych kolei. Myślałem, gdzie ja teraz znajdę robotę, jak ja tylko pociągiem jeździć umiem. Szef siedział za wielkim biurkiem i bawił się kolejką elektryczną, wiesz: taką starą, jeszcze produkcji NRD. Dwa dni spóźnienia, no niebywałe – powiedział na wstępie, doczepiając nowe wagoniki. Ale bez jednej minuty, szefie – zauważyłem zakłopotany. Tak, bez jednej minuty, i ty myślisz, że to cię tłumaczy – rzekł, powoli wymawiając sylaby i wprawiając w ruch kolejkę. Opowiedziałem mu zatem mniej więcej to samo, co dzisiaj tobie. Uśmiał się serdecznie, a potem uśmiech powoli zamienił się w groźny grymas. Już miał mi wygarnąć, ale wtedy zadzwoniła jego komórka, a dzwoniła jakoś tak stanowczo, jakby strasznie chciała, żeby ją ktoś odebrał. No i szef odebrał i natychmiast stanął na baczność. Ktoś długo mówił do niego, a on tylko odpowiadał: Tak, oczywiście, panie generale, rozumiem, Peter, dobrze znałem, byliśmy kiedyś razem na Gerlachu, tak jest, płatny urlop, oczywiście premia, tak, pochopim... Rozmowa się skończyła, a szef długo na mnie patrzył w milczeniu. Zauważyłem, że po biurku jeździ już więcej pociągów, rozmnażały się wraz ze stacjami kolejowymi i nowymi liniami. Pomyślałem, że ta makieta obejmuje cały kraj, odzwierciedla wszystkie kursy, nad którymi, nie ruszając się zza biurka, czuwa szef. Wreszcie przemówił: Piękna akcja, panie maszynisto! Co powiecie na płatny urlop, tak ze dwa miesiące? Wiem, wiem, nie musicie odpowiadać, oczywiście, że się wam należy. Musicie odpocząć, a po powrocie damy was na pendolino! Ale w przyszłości konsultujcie ze mną takie akcje. Ja rozumiem: misja specjalna, paradoksy czasoprzestrzeni, ale Jaromir Nohavica już dawno śpiewał, że Ostrava to jest region specyficzny. Rozumiem wyższe racje, niezbędną czasami brawurę, ale pamiętajcie, że na kolei musi przede wszystkim panować porządek, bo nam pociągi powylatują z szyn – szef bacznie obserwował pędzące po biurku kolorowe wagoniki, a następnie wstał, obtarł pot z czoła, wyjął z szafy pancernej gruby zwitek banknotów i wręczając mi go powiedział: To za ten Pakistan dola...

*

Gdy pociąg zbliżał się do Liptovskiego Mikulasza, coś było już nasycone, więc wymknęło się przez ścianę wagonu i ruszyło na południe. Kilka kilometrów dalej, na skraju miasteczka Závažna Poruba, coś zatrzymało się i patrzyło, jak na łące niedaleko źródła mężczyzna przytula i całuje kobietę; po chwili przybiegła mała dziewczynka i z radością przypadła do swoich rodziców. I tak trwali. Coś nie potrafiło temu przeszkodzić, chociaż próbowało narzucić powrót do pierwotnego planu, manipulując kwantami, ziejąc wokół opiłkami lęku. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi. Na ławce przy źródle dwaj poeci z Polski popijali piwo i z aprobatą patrzyli na tę idylliczną scenę na łące. Coś posłało w ich kierunku lucyferyczną pokusę, wobec której artystyczne umysły są zwykle bezbronne. Jeżeli tym razem zadziałała, to jednak niezgodnie z wolą czegoś, bowiem oni wrócili do tłumaczenia wiersza Milana Rúfusa. Coś usłyszało fragment:

Światełko wieczne w nas,
niesie je w ręku dziecko.

Nie zdmuchnie mu go czas.
Kruche ujdzie zwycięsko.

Coś już wiedziało, że obok jego programu jest tu obecny jeszcze inny. To była siła, której moc brała się ze słabości. O nic i z niczym nie walczyła, nie narzucała się światu. Patrzyła z czułością na ludzi, na wszystkie błędy i potworności, które popełniali; może nawet płakała i obejmowała ich eterycznymi, matczynymi dłońmi, kiedy nieudolnie, ale heroicznie, usiłowali zachować odrobinę godności, mali i prawie bezradni wobec bezlitosnego planu.


Fot. R. Konca, 2018.

środa, 2 maja 2018

Coś na Ziemi, cz. 1 / Something on the Earth, part 1.


Pierwsza część opowiadania Roberta Coś na Ziemi. Pierwodruk ukazał się w XVII/XVIII zeszycie "Kwartalnika Kulturalnego Kozirynek". Trochę grozy, trochę groteski, sporo realizmu (magicznego)...




Robert Konca 


COŚ NA ZIEMI 


Na stacji Poprad-Tatry coś przeniknęło przez ścianę wagonu Ekspresu Kometa relacji Koszyce-Bratysława, zajęło odrobinę przestrzeni w przedziale i zaczęło słuchać. Co pewien czas przenosiło się do innych przedziałów, potem znowu wracało do pierwszego i drugiego, jakby z usłyszanych historii chciało ułożyć jakąś całość albo skomponować symfonię. 
Dwóch czeskich kolejarzy siedziało w udostępnionym im przez słowackich kolegów przedziale służbowym. Popijali rum i kofolę, pozornie wyluzowani, na zasłużonym urlopie, ale podczas rozmowy często wykonywali te same neurotyczne gesty spoglądając na zegarki, aby sprawdzić, czy pociąg nie łapie opóźnienia. 
- Wygląda na to, że do Strby dojedziemy punktualnie – powiedział pierwszy. 
- Zobaczymy, jak będzie w Mikulaszu. My, kolejarze, wiemy, że podróż pociągiem to ciągła walka z oporem przestrzeni i ściganie się z czasem – odparł drugi, podnosząc znowu mankiet marynarki, aby spojrzeć na zegarek. Podetknął pierwszemu cyferblat do twarzy – Patrz, jak ten sekundnik zasuwa... 
Następny przedział był zamknięty od wewnątrz i stanowił w istocie klatkę Faradaya. W Popradzie wsiadło do niego trzech oficerów słowackiego wywiadu. Jeden z nich, ze śladami odmrożeń na opalonej twarzy, patrzył przez okno na ośnieżone szczyty Tatr. Po dłuższej chwili, jakby wynurzając się na powierzchnię oceanu, wziął głęboki oddech i zaczął rozmowę:  
- Wiecie, że wróciłem z Pakistanu? 
- Pewnie, że wiemy. Taką mamy robotę – zaśmiał się drugi. Trzeci nie odzywał się – Urlop się udał ? 
- Można powiedzieć, że połowicznie, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Widziałem tam dziwne rzeczy, na przykład nieco ekscentryczną lodową instalację na wysokości ponad 6000 metrów nad poziomem morza, w masywie Nanga Parbat... 

*

Do kolejnego przedziału, w którym siedziały cztery osoby, coś skierowało subtelny impuls, mgliste przeczucie swojego istnienia, jakby chciało się przedstawić pasażerom i sprawdzić ich reakcję. Troje z nich doznało kłującego bólu płatów czołowych i nagłego ataku lęku; najstarszy drżącą ręką wyciągnął z kieszeni różaniec. Czwarty zaczął nasłuchiwać i dyskretnie rozglądać się po przedziale. Zahartowany w poszukiwaniach niewidzialnej obecności zignorował wybuch paniki, wyciągnął z plecaka notatnik i zaczął pisać. Podjął grę: 
I znowu czuję, że coś patrzy, tak na zimno, bez emocji, jak gracz, który z góry zna wynik tej gry. Nie wiem, czy jest naszym sprzymierzeńcem, czy przeciwnikiem; prawdopodobnie nie należy tego rozpatrywać w takich kategoriach... 

- Czasem myślę, że to prawdziwy cud – pierwszy kolejarz z niedowierzaniem pokiwał głową. 
- Co, ten sekundnik ? – spytał ze zdziwieniem drugi. 
- Nie. To, że pociągi w ogóle dojeżdżają do stacji przeznaczenia. Dla mnie jako maszynisty z dwudziestoletnim stażem to jest nadal niewiarygodne, chociaż wykonałem tysiące kursów. I zawsze dojeżdżałem... 
- Jak większości ludzi w naszym fachu, nie daje ci spokoju paradoks Zenona. Też tak mam. Ruch z punktu A do punktu B wydaje się niemożliwy. Za dużo jest punktów między tymi punktami, za dużo stacji między stacjami, nawet jeżeli jedziemy Inter-City... - drugi w zamyśleniu wypił łyk rumu... 

*

- Instalację? A co lodowa instalacja może mieć wspólnego z zabójstwem Petera Sperki i pozostałych himalaistów w bazie pod Nanga Parbat? Bo przecież w tej sprawie tam byłeś? – zapytał oficer numer dwa. 
- Amerykanie też chcieli to wiedzieć, dlatego mnie poprosili na konsultacje – odparł numer jeden. Trzeci nie odzywał się – Wiecie, że znałem Petera od lat, jeszcze z Horskiej Służby. Zresztą to doświadczenie wspinaczkowe przydało mi się w Pakistanie, ale przyznam, że spodziewałem się innych widoków na sześciu tysiącach metrów. O instalacji powiadomili w sierpniu Amerykanów wracający z nieudanego ataku szczytowego członkowie japońskiej ekspedycji Nanga Parbat 2013. Co ciekawe, idąc do góry nie widzieli jej. Dopiero następnego dnia, gdy schodzili z powodu objawów obrzęku płuc jednego z nich, dostrzegli to dziwne dzieło nie wiadomo czyich rąk, o ile w ogóle stworzyły je ludzkie dłonie. Potem stwierdzili, że przekraczało to nawet ich samurajską wyobraźnię... 

Peter Šperka

Ta siła, poza dobrem i złem, być może inspirująca poetów i szaleńców, a może tylko stanowiąca wygodne usprawiedliwienie. Czy też nadzorca, krupier ruletki puszczonej w ruch miliardy lat temu, kiedy to zostały wyznaczone tendencje i określone warunki brzegowe? Widzący, ale niewidzialny; przenikający wszystko, ale sam nieprzenikniony. Upiorny obserwator, który podjął się zadania zarchiwizowania skutków tego, co rozpoczęto, kiedy Ziemia nie miała jeszcze duszy... 

- Coś podobnego zdarzyło mi się niedawno na trasie Ostrava – Bohumin, o ile w ogóle to wydarzenie było do czegoś podobne. Prowadziłem ekspres z Pragi. Do Ostravy wszystko było w najlepszym porządku, ani sekundy spóźnienia. Daj tego rumu – powiedział do drugiego, a głos wibrował mu od z trudem skrywanych emocji. Wypił i w milczeniu zapatrzył się w krajobraz migający za oknem. 
- I co dalej? Do Bohumina wjechałeś z opóźnieniem... – bardziej stwierdził, niż zapytał drugi maszynista. 
- Właściwie to nawet minutę przed czasem... - pierwszy obtarł krople potu ze skroni. 
- No to w czym problem? 
- Minutę przed czasem, tylko że dwa dni później... 
- Jak to ci się udało? – zakrzyknął drugi i pokiwał głową z niedowierzaniem i podziwem. – No, ale w pewnym sensie to kawał drogi. Z Ostravy do Bohumina jest prawie 8 kilometrów... 

*

- Jak wiadomo, do przeprowadzenia masakry w bazie pod Nanga Parbat przyznała się organizacja Jundullach. Peter Sperka najprawdopodobniej został zastrzelony jako pierwszy. Cierpiał na obrzęk płuc i nie miał siły wyjść z namiotu. Dostał, gdy tyko wychylił głowę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Resztę chłopaków spędzili na środek bazy i rozwalili z kałachów. Otóż na wysokości ponad 6000 metrów znaleziono prawdopodobnie jednego z tych bandziorów. Jego korpus, bez nóg, wbity był jakąś nieludzką siłą na głębokość pół metra w płytę gładkiego i czystego lodu. Twarz, mimo skrywającej jej czarnej brody, wyrażała skrajne przerażenie; ono wżarło się w jej rysy i stało się jej integralną częścią na zawsze. Oczy były szeroko otwarte, a ich zamknięcie uniemożliwiały takie małe, srebrne nożyczki używane podczas operacji okulistycznych. Jeden z japońskich himalaistów, który był także medykiem sądowym, twierdził nawet, że nie można wykluczyć, że eksponat umieszczony w tej lodowej gablocie mógł jeszcze przez pewien czas żyć. Rany po równo jak gilotyną uciętych nogach były według niego profesjonalnie zabezpieczone przed dalszym krwawieniem, przed czym dodatkowo chroniła zresztą również ekstremalnie niska temperatura. Zanim zamarzł, mógł jeszcze żyć kilkanaście sekund, może dłużej, patrzeć przed siebie przez lodowe zwierciadło i myśleć. To przerażenie skuwające jego twarz może sugerować, że zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji... 
- To pewnie były najdłuższe sekundy w jego życiu. Jakoś mi tego gnoja nie żal – mruknął drugi. Trzeci nie odzywał się – Swoją drogą chciałbym poznać tego, kto go tak załatwił. Jeszcze jakieś szczegóły? 
- Tak. Na czole miał wypalone litery: PS. 

Coś czające się w ciemnej materii między gwiazdami. Pozbawione osobowości, więc to nie to było autorem Słowa. Czyste działanie, ruch dla ruchu. Zimna, pierwotna przyczyna, która następnie upaja się skutkami, a może potrzebuje ich, jak istoty żywe potrzebują pokarmu, wody i słońca. Nie umysł, a raczej rodzaj maszyny, której obudowę stanowią tańczące neutrina. Czy ingeruje w naszą rzeczywistość, tworząc ogniska pozornego chaosu, który w istocie jest etapem na drodze do przywrócenia jakiejś potwornej równowagi? 

- To opowiadaj o tej wielkiej wyprawie z Ostravy do Bohumina. Musiałeś mieć jakąś poważną awarię i długi postój, skoro zajęło ci to aż dwa dni. 
- No właśnie nie pamiętam żadnego postoju. Wydaje mi się, że cały czas jechałem w miarę normalnie. 
- Człowieku! W dwa dni można objechać Czechy i Słowację dookoła. Przyjmując nawet, że z jakichś powodów nie mogłeś rozpędzić pociągu do prędkości większej niż 1 km/h, to w Bohuminie powinieneś się zjawić najwyżej po ośmiu godzinach. 
- I to nie daje mi spokoju. Mam wrażenie, że wtedy stało się coś dziwnego, ale nie mogę sobie tego w pełni uświadomić. To wszystko siedzi skulone gdzieś we mnie, na peryferiach umysłu. Czuję ten ciężar, a czasami coś z tego przedostaje się na powierzchnię i wtedy trochę sobie przypominam z tej podróży; krótkie migawki, jakieś głosy, fragmenty krajobrazu... 

*

- PS? Wiadomo, co nieznany artysta chciał przez to przekazać? – zapytał drugi. 
- Amerykanie przypuszczają, że chodzi o inicjały jednej z ofiar zamachu w bazie pod Nanga Parbat. Wiecie, kogo mają na myśli... - pierwszy zawiesił głos. 
- Peter Sperka? – drugi szepnął z niedowierzaniem. 
- No raczej nie chodzi o PS w znaczeniu: postscriptum. Amerykanie podejrzewają, że to nasza robota. Nieoficjalnie nawet mi gratulowali i za wszelką cenę chcieli wiedzieć, jak robi się takie instalacje. 
- A w ogóle są jakieś dowody na to, że ten talib brał udział w zamachu? Amerykanie zbadali ciało, ustalili jego tożsamość, DNA ? Jakie były wyniki sekcji zwłok ? 
- Nie było sekcji – odrzekł pierwszy po chwili wahania – Chcieliśmy oczywiście znieść go na dół i zbadać, mieliśmy nawet sprzęt do rozcinania lodu. Dotarliśmy tam jednak późnym popołudniem, skrajnie wyczerpani, więc postanowiliśmy, że wydobyciem ciała zajmiemy się rano, zwłaszcza, że prognozy pogody na najbliższe dni były pomyślne. Patrzyłem z namiotu, jak promienie zachodzącego słońca podświetlają rubinowym światłem lodową instalację; światło załamywało się na lodowych ścianach i przez moment doznałem wrażenia, że twarz trupa nagle ożyła, jego oczy zezowały w moją stronę, zaś wargi usiłowały szeptać jakieś słowa... Ale to musiało być przywidzenie, byłem przecież prawie sto metrów od instalacji. A w środku nocy z płytkiej, pełnej koszmarów i bólu głowy drzemki, wyrwał mnie jakiś huk. Natychmiast wyswobodziłem się ze śpiwora, spodziewając się lawiny, jednak namiot stał nienaruszony. Wszyscy klnąc wygramolili się, by sprawdzić, co się dzieje, ale już wszystko ucichło. Gwiazdy patrzyły na nas jak na gromadę wariatów, z bliska, przez rozrzedzone powietrze. Spojrzeliśmy w stronę instalacji. Biel lodu powinna połyskiwać w ciemnościach, ale widzieliśmy tylko czarną czeluść. Nie było tam niczego. Mieliśmy dość rozsądku, żeby wrócić do namiotów i zaczekać do świtu... 



cdn.

wtorek, 1 maja 2018

Wiosenna glina / The Spring Clay


Milan Rúfus


Przekład z języka słowackiego Robert Konca


WIOSENNA GLINA


Śpi z Bożą dłonią na głowie.
Śpi zapisana od drogi aż po las.
Młodziutka ciemność dobija się do niej.

Marcowa rosa jak gąbka
zetrze z niej bazgroły kół, 
chłopskie pismo rozchwiane.

Glina jest mądra, zna jego alfabet.
Jak pies ma oczy wierne i żółte.
Gdy z rana po niej świeże konie jadą, 
ich kopyta przytula jak córki.  





niedziela, 15 kwietnia 2018

Paganini i Lipiński, cz. 1

Dziś miała być dalsza część poświęcona XIX-wiecznym systemom walki, ale czy przy tak pięknej niedzieli mamy myśleć o kaleczeniu bliźniego swego? Nie uchodzi, nie uchodzi... Zatem nie będzie bicia, będzie muzyka. A jest i smutna okazja aby o niej wspomnieć - przedwczoraj zmarł Miloš Forman, autor najlepszego w dziejach kinematografii filmu o potędze dźwięków - czyli "Amadeusa"...

*

Skorzystam z Pamiętnika Ludwika Jabłonowskiego (szwagra Aleksandra Fredry, którego to Fredry Jabłonowski szczerze nie cierpiał), gdzie o systemach walki - i nie tylko - można dowiedzieć się niemało... Ponieważ hrabia Ludwik był weredykiem, kąśliwcem i uszczypliwcem wyznającym mądrą zasadę, że życie jest nieustanną batalią ludzi i narodów - z tych własnie powodów jego pamiętnik pełen jest obrazów walk dnia codziennego i czasów prawdziwej wojny (pamiętnikarz walczył dzielnie w Powstaniu Listopadowym). Ale oprócz nich - także tysięcy innych fascynujących szkiców z życia w wieku XIX, spisanych przez równie fascynującego, zagadkowego człowieka. Bo Jabłonowski, pod pancerzem ukutym z arogancji, złośliwości i zgryźliwości skrywał nieśmiałego i wrażliwego idealistę (obdarzonego przy tym wielkim poczuciem humoru). Nieszczęśliwe dzieciństwo i smutna młodość odcisnęła się jednak trwałym piętnem mizantropii na przyszłym kronikarzu... 



Aleksander hr. Jabłonowski, h. Grzymała,
litografia Ignacego Kobylańskiego

W Pamiętniku Ludwika Jabłonowskiego (wydanie krakowskie z 1963 r., ze wstępem Karola Lewickiego) pojawiła się krótka (i jak to zwykle u niego mocno doprawiona żółcią), wzmianka o arcymistrzu skrzypiec Nicolò Paganinim. Jabłonowski oglądał go na żywo w Wiedniu, w 1828 r., podczas pierwszego europejskiego tournee skrzypka. Oddajmy zatem głos pamiętnikarzowi... 
Jest początek roku 1828. Osiemnastoletni Ludwik jedzie z siostrą Zofią z Jabłonowskich Skarbkową do Wiednia. Zofia kończy właśnie sprawę rozwodową ze Stanisławem Skarbkiem, zaś jej brat po raz pierwszy ma okazję ujrzeć "inny świat". Wiedeń oszałamia przyszłego pamiętnikarza, chłopiec rzuca się w wir wielkiego miasta, chłonąc wszystkie szczegóły jak gąbka:

Gdy pięknym lipcowym wieczorem przez Tabor i Jägerzeil wjeżdżałem do miasta, bogactwo, swoboda, wesołość rojących się ulicami tłumów, przepych al giorno oświetlonych kawiarni, rozmaitość wystaw, dziwne na mnie robiły wrażenie. Świat wydał mi się piękny, uroczy, wabiący, a pierwszy i ostatni raz w życiu zdawał się uśmiechać do mnie. Takich chwilowych wrażeń udzielić trudno, a o rzeczywistości cóż mówić? Słyszałem maestra Paganiniego, jak czarny,  paskudny Włoch do nieudanego satyra podobny, jedna po drugiej niby przypadkiem rwąc strunę na ostatniej kończył koncert. Widziałem - jeden podobno z pierwszych w Europie - żyrafę, dar starego chediwa M[ehmed] Alego, przysłaną wraz z 5 arabami cesarzowi [...] widziałem jak Niemiec jakiś w szale ubóstwienia ukląkł przed posagiem Tezeusza i z złożonymi jak do pacierza rękoma wołał "Napoleon", "Canova", "Paganini"! Ktoś się rozśmiał, ja zrozumiałem, bo co wielkie to i bratnie; gdyby nie ta przeklęta nieśmiałość byłbym przy nim ukląkł. 

Tyle Jabłonowski. Krótki fragment - a ileż tu wrażeń, odczuć, fascynacji! Wszystko - Paganini, żyrafa Mehmeda Alego, posąg Tezeusza, dłuta Antonia Canovy - przesuwa się jak na szaleńczej karuzeli. Przypomina to nieco tok opowiadania z pamiętników Władysława Wężyka. Dodajmy, że Jabłonowski był wielkim admiratorem Napoleona, którego w pamiętniku nazywa zawsze per "Wielki". Jakakolwiek próba umniejszenia Cesarza doprowadzała go do pasji - jak chociażby podczas wizyty w Schönbrunn:
Pokazywano mi duże plamy na obiciu. Wielki [Napoleon - AR.) zrobił je, goląc brodę, mydlinami a oprowadzający fagas zabluźnił: "Tak źle był ten człowiek wychowany".      
*

Wracając do Paganiniego - ten nie czerpał profitów z urody tylko z wirtuozerii muzycznej i wzorcem urody męskiej faktycznie nie był. Złośliwy Jabłonowski nie rozminął się zanadto z prawdą, co poświadcza dagerotyp z podobizną wirtuoza (wykonany ok. 1840 r.):




Potwierdzają to także tysięczne karykatury z epoki, znęcające się nad wątpliwą urodą skrzypka, która przecież nie umniejszała zachwytu tłumów; co znamienne - jedna z karykatur podpisana była kąśliwie "Współczesny Apollo". Podobnie, choć nieco inaczej było z licznymi portretami i popiersiami Paganiniego, gdzie mimo retuszów i uszlachetnień nie ukrywano specyficznych szczegółów jego wyglądu: 







A propos wzmianki z Pamiętników Ludwika Jabłonowskiego - koniecznie chciałbym przypomnieć scenę z filmu "Paganini. Uczeń diabła". Główną rolę zagrał w nim David Garrett, równie podobny do Paganiniego jak i do mnie (czyli wcale, niestety). Ale jest prawda czasów, jest też prawda ekranu i filmowy Paganini w scenie, gdzie struny pękają (niby przypadkiem - jak u naszego kronikarza) wygląda tak:


Ha! Gra jak Paganini, ale przyznam, że były filmy, w których wygląd zewnętrzny wirtuoza skrzypiec był dużo bardziej zbliżony do oryginału. Taki Paganini (w interpretacji Klausa Kinskiego) - to rozumiem!:




*

Jeśli jednak mówimy 'Paganini' to musimy także dodać 'Karol Lipiński'. Drugi w dziejach po Paganinim, a niektórzy twierdzą, że nawet równorzędny Włochowi arcymistrz skrzypiec. I tu pojawia się miły sercu wątek, bowiem Lipiński urodził się w Radzyniu Podlaskim, jego ojcem był Feliks Lipiński, kapelmistrz Potockich.
Polska publiczność miała okazję słuchać kilkukrotnie włoskiego wirtuoza - w 1829 r., w Warszawie (podczas koronacji cara Mikołaja I na króla Polski), oraz kilka miesięcy później w Poznaniu. Razem z nim grał wtedy Lipiński, który wspólnie koncertował z Włochem już w 1818 r. Jako najwybitniejsi skrzypkowie swoich czasów zawsze byli ze sobą porównywani a Paganini, jakkolwiek świadom  swej doskonałości, uznawał wielkość Lipińskiego. Oto dwa wycinki prasowe z 1829 r. - o Paganinim i Lipińskim, podczas warszawskiej koronacji Mikołaja I:    


Gazeta Korespondenta Warszawskiego 1829 r.


Gazeta Warszawska 1829 r.
cdn. 

czwartek, 12 kwietnia 2018

Baśnie peryferyjne, cz. 5 / Peripheral tales, part 5

Robert Konca


BAŚNIE PERYFERYJNE, cz. 5



Po powrocie znad morza zastałem Wujka w garażu nad stertą numerów "Młodego Technika" pewnie z całego ostatniego dziesięciolecia. W kącie stała szklana aparatura pełna rurek i słoików, w której krążył niespokojnie jakiś przezroczysty płyn. Pomyślałem, że budowa helikoptera dobiega końca i Wujek przygotowuje bimber na tę okazję, zwłaszcza, że właśnie nalał sobie do kieliszka płyn z aparatury i ostrożnie wypił. Oczy wyszły mu z orbit, ale nie przełknął, ani nie wypluł, tylko ze skupieniem analizował parametry trunku. Wreszcie wybiegł z garażu i opróżnił usta. Trawa wokół garażu była pożółkła i jakby popalona, więc podejrzewałem, że w ostatnim okresie musiało trafić na tę ziemię wiele takich próbek. 
Wujek wrócił do garażu zamyślony i stwierdził, że nic z tego nie będzie i że trzeba opracować inną technologię. Zapytałem, czy chodzi o helikopter, ale on machnął ręką z roztargnieniem, ściągnął fartuch roboczy i powiedział, że helikopter stoi gotowy w stodole, i że zaraz lecimy po piwo. Gdy otwierał wrota do stodoły nadmienił, że warto zainstalować fotokomórkę. Nowy helikopter był o wiele większy od swojego prototypu i zajmował pół stodoły. Śmigło było potężne, jak w amerykańskich transportowcach wojskowych. Za przestronną kabiną pasażerską, wykonaną na bazie Ursusa, znajdował się luk bagażowy, który bez problemów mieścił dwadzieścia skrzynek. Wujek wyjaśnił, że w związku z rozpoczęciem budowy rakiety kosmicznej musi transportować drogą powietrzną mnóstwo, jak się wyraził, żelastwa. 
No i polecieliśmy. Momentalnie osiągnęliśmy pułap 300 metrów i ruszyliśmy na północ. Po minucie byliśmy nad barem i z nonszalancką gracją wylądowaliśmy na parkingu przed wejściem. Dzień był upalny i wielu okolicznych mieszkańców gasiło tam pragnienie, więc po chwili otoczył nas spory tłum. Ludzie ze zdumieniem oglądali naszą latającą maszynę. Wujek, jakby nigdy nic, przedarł się do środka baru, a następnie załadował dwie skrzynki piwa i, nie wdając się w żadne dyskusje z gapiami, poprosił ich o oddalenie się na bezpieczną odległość, bo będziemy startować. Robota czeka, panowie, wyjaśnił rzeczowo. Wszyscy pokornie spełnili tę sugestię, łapiąc się za słomkowe kapelusze, by nie zerwał ich dziki pęd powietrza. Po dwóch minutach zamykaliśmy wrota od stodoły i z butelkami w ręku poszliśmy na pole za kurnikiem. Stał tam jakiś smukły kształt okryty plandeką od Żuka i stertą gałęzi. Po odsunięciu gałęzi i plandeki ujrzałem trzymetrową rakietę. Stała na wyrzutni zbudowanej z dawno nieużywanego parnika, który od lat walał się w kącie stodoły. Są problemy z właściwym paliwem, powiedział Wujek po chwili milczenia i pociągnął łyk piwa. Ale jutro w południe odpalamy na tym, co jest – dodał – choć wątpię, by udało się osiągnąć pierwszą prędkość kosmiczną, no ale trzeba próbować. 

*

 Było oczywiście do przewidzenia, że pierwsza próba podbicia przestrzeni kosmicznej skończy się niepowodzeniem, więc gdy rakieta po starcie osiągnęła pułap dwóch kilometrów, gdzie nagle przechyliła się ku zachodowi i runęła na ziemię, Wujek spokojnie wychylił się zza rogu kurnika i narysował w zeszycie trajektorię lotu. Słyszeliśmy krótką eksplozję, zatem rakieta nie mogła spaść zbyt daleko. Niezwłocznie wsiedliśmy do helikoptera i polecieliśmy na zachód. Jakieś trzy kilometry dalej, na łące za wsią, zobaczyliśmy kłęby dymu. Szczątki rakiety były porozrzucane w promieniu kilkudziesięciu metrów, a w miejscu upadku stwierdziliśmy obecność niewielkiego krateru, wokół którego leżały krwawe korpusy dwóch krów. Reszta bydła biegała w kółko bez żadnego sensu, powyrywawszy łańcuchy z palikami. Krowy krążyły wokół nas, patrząc z niemym wyrzutem. Typowe objawy stresu pourazowego, stwierdził ze smutkiem Wujek. Wkrótce przybiegł właściciel stada i zaczął nas opieprzać, że, kurna, skutery, helikoptery, że, kurna, rakiety, a to mięso się nawet na tatara nie nadaje, że milicja zrobi z nami porządek i tak dalej. Ale Wujek w ramach odszkodowania obiecał mu traktor i tuzin kurczaków, więc udobruchany gospodarz wyciągnął zza pazuchy flaszkę bimbru. Wujek pociągnął spory łyk, smakował ze skupieniem i zamyślony mruknął, że na tym też, kurna, rakieta daleko nie poleci.
Rok później Wujek z dumą oprowadzał mnie po nowej hali przylegającej do kurnika. Twierdził, że rozwiązał problem paliwa rakietowego; wspominał coś o zimnej, czy też zimowej, fuzji i konieczności zapewnienia chłodziwa. Nie słuchałem tak uważnie, jak kiedyś, bowiem bardziej pochłaniały mnie już dziewczyny i poezja. Dopiero gdy wspomniał o możliwym za kilka lat locie załogowym, i że jak chcę, to mogę polecieć, wróciłem, można powiedzieć, na ziemię. To było moje marzenie: nie tyle sama podróż w kosmos, ile chęć ujrzenia naszej planety z odległości wielu milionów kilometrów. Nie wiem, skąd się to we mnie wzięło; czasami to, co znajduję w swoim umyśle, budzi we mnie zdumienie albo lęk.



cdn.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Aleksander Fredro, cz. 2. Był w Siedlcach?

Był. Pytanie tylko ile razy i w jakich okolicznościach. Bezsprzecznie - był pod koniec 1812 r. lub na samym początku 1813 r. powracając z tragicznej kampanii rosyjskiej. Napisał o tym w pamiętniku Trzy po trzy (wydanie z 1957 r., s. 86):
W mojej zaś ucieczce z niewoli na Augustów, Siedlce, Puławy, wśród zamieci, nowych cierpień i niebezpieczeństw, świeci mi tylko jedna gwiazdka [...] 
Są jednak podejrzenia, że Fredro był w Siedlcach wcześniej, w latach 1810-1811 r. Punktem wyjścia dla owych podejrzeń jest informacja zawarta w wykazie oficerów armii Księstwa Warszawskiego opublikowanym przez Bronisława Gembarzewskiego. Brzmi ona tak:

Aleksander Fredro
- podporucznik pułku 4 jazdy galicyjsko-francuskiej 9 VI 1809
- do pułku 13 jazdy 23 I 1810
- porucznik pułku 11 jazdy
- kapitan adjutant-major pułku 14 jazdy 14 IV 1812 

Ostatnia informacja jest błędna. Bowiem w dniu 14 IV 1812 r. Fredro otrzymał nominację, na kapitana, adiutanta-majora ale... w 5 pułku strzelców konnych.  Kim jak kim, ale kirasjerem Fredro nigdy nie był (14 pułk jazdy Księstwa Warszawskiego był jedynym pułkiem kirasjerów w polskiej armii). Choć z drugiej strony niewiele brakowało aby faktycznie hr. Aleksander wstąpił do tegoż pułku;  jak sam pisał: 

"Za wstawieniem się mego brata, którego zastałem w Krakowie, ofiarowano mi miejsce w mającym się formować pułku kirasjerów Stanisława Małachowskiego, ale wróciwszy do pułku zakochałem się i pozostałem na miejscu".

Dodajmy, że wedle stanu służby Fredry, z którego korzystała Krystyna Czajkowska, Fredro został mianowany porucznikiem 11 pułku ułanów w dniu 28 IV 1810 r. Od 1813 r. przyszły pisarz był już oficerem-adiutantem sztabu głównego Wielkiej Armii.  
Mamy tu zatem cztery etapy służby, z czego trzy odbywały się w jednostkach liniowych kawalerii Księstwa Warszawskiego. Dwa - w 11 pułku ułanów (4 pułk jazdy galicyjsko-francuskiej otrzymał potem nazwę 11 pułku ułanów Księstwa Warszawskiego) oraz w 5 pułku strzelców konnych Księstwa Warszawskiego nie budzą wątpliwości. Natomiast epizod w 13 pułku jazdy wydaje się bardzo tajemniczy - o ile rzeczywiście miał miejsce.

*

Gwoli wyjaśnienia: ów 13 pułk jazdy to pierwotnie 1 pułk jazdy galicyjsko-francuskiej, a potem 13 pułk huzarów Księstwa Warszawskiego. Jego żołnierze nazywani byli "srebrnymi huzarami" w odróżnieniu od 10 pułku huzarów "złotych" (różnice w kolorach szamerunku na identycznych mundurach). Sam 13 pułk zasługuje na szersze i wreszcie - rzetelne - opracowanie. Nieścisłości zawarte w Wikipedii wynikające z błędnego przepisania (i tak nieścisłych) informacji od Gembarzewskiego drażnią i denerwują, co z tego, gdy są często powielane. 
Zatem: 13 pułk huzarów - owszem - od drugiej połowy 1809 r. formował się w Lublinie, jak podaje Gembarzewski - na koszt dawnych okręgów lubelskiego, stanisławowskiego i bialskiego. Już u podstaw formowania się pułku jego finansowanie było niejako rozdzielone pomiędzy dwa "nowe" departamenty - lubelski i siedlecki (w skład bowiem tego ostatniego wszedł dawny cyrkuł bialski) i jeden departament "stary" - warszawski (tereny regionu stanisławowskiego weszły w jego obręb). Już pod koniec 1809 r. 13 pułk jazdy  został rozlokowany w nowopowstającym departamencie siedleckim. Od końca 1809 r. do 1812 r. sztab pułku stacjonował w Siedlcach, zaś poszczególne szwadrony na terenach departamentu siedleckiego, głównie w powiecie węgrowskim, w miastach Węgrów, Liw, Sokołów (W Wikipedii wszystkie te ośrodki miejskie, mające jeszcze średniowieczną metrykę zostały określone jako "wsie"!). Sztab pułku zajmował budynek dawnej oficyny ks. Czartoryskich (obecnie jest to siedziba Archiwum Państwowego). W dniu 3 I 1810 r. huzarzy 13 pułku złożyli na rynku siedleckim przysięgę wojskową; było to jedno z ważniejszych wydarzeń w mieście, w czasach napoleońskich. Z krótką przerwą na kilkumiesięczny pobyt w Warszawie, w 1810 r., huzarska "trzynastka" była ściśle związana z departamentem siedleckim. Reasumując: określanie 13 pułku jako wyłącznie "lubelski" jest błędne. Srebrni huzarzy mieli jedynie krótki - acz bardzo ważny - epizod lubelski u początku formowania się oddziału. Do 13 pułku huzarów jeszcze wrócimy...

*

Po tym nieco przydługawym wyjaśnieniu należy się zastanowić, czy informacja podana u Gembarzewskiego jest wiarygodna. Pomylił się przecież co do 14 pułku, mógł pomylić się jeśli chodzi o huzarów. Do zachowanego (ponoć) do dziś stanu służby Aleksandra Fredry, jeszcze nie dotarłem, sądzę, że powinien być w tej materii miarodajny. Sprawdzimy - zobaczymy. Na chwilę obecną - wydaje mi się, że jest kilka przesłanek, wskazujących na możliwość huzarskiej służby hrabiego Aleksandra w Siedlcach:

1. Fredro zapewne znał wcześniej Siedlce, skoro wymienił je w swoich pamiętnikach przy okazji ucieczki/podróży do domu na przełomie 1812/13 r. Z jakichś względów nie wymienił innych większych miast, które musiały znaleźć się na trasie jego marszruty - np. Łomży i Węgrowa (ten ostatni mimo że był miastem powiatowym pod względem liczby ludności przewyższał  stolicę departamentu - Siedlce). Może dlatego, że ich nie znał? 
2. Generał Michał Ignacy Kamieński. Fredro wspomina go z rozrzewnieniem: 

"Kamieński był to człowiek już [podeszłego] wieku, małego wzrostu, dosyć otyły, dobroduszny, przystępny, chętnie rozprawiający, prawdziwy szlachcic starej daty. Ile razy później okoliczności zbliżyły mnie do niego, zawsze w nim znalazłem więcej niż uprzejmego przełożonego. Miałem wtenczas szczęście do ludzi".  

Generał Kamieński od 1810 r. był komendantem wojskowym departamentu siedleckiego, kwaterującym (do 1812 r.) w Siedlcach. Fredro opisuje pierwsze spotkanie z Kamieńskim w Rawie, w 1809 r. Jeśli później "okoliczności zbliżyły" go do generała - to bardzo prawdopodobne że właśnie w Siedlcach. Przy okazji - błędny zapis Fredry o zgonie Kamieńskiego: "w kampanii 1812 r. wzięty w niewolę, skończył tam z życiem swój zawód wojskowy" na długo wprowadzał zamęt w biogramie generała. Kamieński wrócił z niewoli i w 1815 r. zmarł w Roskoszy niedaleko Białej Radziwiłowskiej. Na cmentarzu w Białej do dziś znajduje się jego grób.    
3. Damy i huzary.  Może i słaby argument - ale czemu nie Damy i ułany? Powstaje tu pytanie, czy na decyzję o umieszczeniu w komedii huzarów miał wpływ jakiś osobisty sentyment albo po prostu pamięć o huzarskim epizodzie służby jej autora?

*

Z drugiej jednak strony we wspomnieniach Fredry dużo jest detali o jego służbie w 11 pułku ułanów w Lubelskiem. Są tu migawki wydarzeń z Krasnegostawu i Lublina. O Siedlcach - ani słowa. O służbie Fredry w huzarach milczy też redaktor Trzy po trzy (z 1987 r.) Krystyna Czajkowska.
Daty wskazują, że jeżeli nawet Fredro służył w 13 pułku - to naprawdę krótko, od końca stycznia 1810 r. do - najpóźniej - początków kwietnia tegoż roku.  Być może był to w jego wojskowym życiorysie jakiś mniej lub bardziej przypadkowy detal. A może, zwyczajnie, jest to pomyłka Gembarzewskiego. Tak czy owak - przynajmniej raz Fredro stąpał ulicami Siedlec... 


A.R.


Huzar 13 pułku
mal. B. Gembarzewski,
"Tygodnik Illustrowany",
nr 37, 13 IX 1900 r.

2022. Nowy początek

Długo nic się tu nie działo. Najwyższy czas to zmienić. Zaczynam od wiersza na Nowy Rok i z nadzieją wracam do działania. Arur Rogalski *** ...